Nieprzewidywalność, czyli mój sposób na Turcję

7 lutego 2012 roku siedziałam sama na lotnisku w Warszawie pochlipując, że opuszczam kraj po raz pierwszy na tak długo. To tylko cztery i pół miesiąca, ale świadomość, że przez ten czas nie zobaczę najbliższych, którzy otaczali mnie na co dzień, była przytłaczająca. Wcześniej moja najdłuższa samotna wyprawa trwała zaledwie dwa miesiące. Teraz wyruszałam do kraju, o którym wiedziałam tyle, co nic.

Czekając na wylot napisałam tak w moim notatniku: „Cztery miesiące w Ankarze. Co mi strzeliło do głowy?! Nie mam zielonego pojęcia o Turcji, o kulturze, jaka tam panuje. Czy porywam się z motyką na Księżyc? Nie, przecież właśnie po to jadę, by poznać tę inną kulturę, poszerzyć horyzonty, poznać ciekawych ludzi i zdobyć cenne doświadczenie.”

Głos rozsądku miał rację. Życie czasem rzuca nas gdzieś zupełnie przypadkiem, a później okazuje się, że to wszystko miało głębszy sens. Czasem musi minąć wiele lat, żebyśmy zrozumieli znaczenie wydarzeń, a czasem, jak w moim przypadku, jeszcze zanim coś się stanie, czujemy, że będzie to wyjątkowo ważna lekcja. W tamtym momencie, na lotnisku, czułam jakby dwa ludziki wyrwane z kreskówki walczyły w mojej głowie o to, który ma rację. Jeden upierał się, że postępuję egoistycznie zostawiając wszystkich za sobą, drugi skrupulatnie pielęgnował chęć spełniania marzeń. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, który grał Diabełka, a który Aniołka.

Diabełek Wątpliwości rozpłynął się jeszcze szybciej niż pojawił, już w 20 minut po planowanej godzinie wylotu z Warszawy. Z głośnika usłyszałam, że lot jest opóźniony z powodu złych warunków atmosferycznych. „Ja tylko żartowałam… wcale tak nie myślałam… chcę lecieć!” – w myślach wycofywałam się z wątpliwości, które tak wygodnie zadomowiły się w głowie jeszcze godzinę temu, mając nadzieję, że usłyszy to kpiący ze mnie Los. Małe obawy spowodowały małe zawirowania w podróży, ale późnym wieczorem byłam już w wielkiej, oświetlonej Ankarze…

Największy meczet w Ankarze, Kocatepe, widziany z okolicy, w której mieszkałam.

Największy meczet w Ankarze, Kocatepe, widziany z okolicy, w której mieszkałam.

Wyjazd w ramach wymiany studenckiej Erasmus miał być przygodą życia. Tak mówili wszyscy, którzy uczestniczyli kiedykolwiek w tym programie. I był. Dla niektórych oznaczał on niekończące się imprezy i szaleństwo z dala od domu. Niektórzy w trakcie swojego Erasmusa poznali swoją miłość życia, a inni wyznawali zasadę: „To, co dzieje się na Erasmusie, na Erasmusie zostaje”. Ja spędziłam ten czas na swój sposób – podróżując autostopem. Takie było założenie od początku. Sposób realizacji celu pojawił się, jak to w życiu, przypadkiem.

Z moją współlokatorką, Anią, postanowiłyśmy pojechać na stopa do Bursy, miasta położonego na północnym zachodzie Turcji, nieopodal wybrzeża morza Marmara. O swoich planach opowiedziałyśmy naszym erasmusowym znajomym i w taki sposób z dwóch osób zrobiła się sześcioosobowa fantastyczna ekipa autostopowiczów (z czego niektórzy pierwszy raz w życiu podróżowali autostopem). Po tej wycieczce zawsze znalazł się ktoś, kto chciał dołączyć do naszych autostopowych wypraw, a stałym kompanem moich podróży została jedna Polka – Kinga.

W Eskisehir, mieście położonym w połowie drogi między Ankarą a Bursą. Robię "znak" na Bursę.

W Eskisehir, mieście położonym w połowie drogi między Ankarą a Bursą. Robię „znak” na Bursę.

Moje życie w Turcji, choć zaczęło się całkiem normalnie, było całkowicie wolne od monotonii. Wyjaśnię to na przykładzie jazdy samochodem. Na autostradzie pędzimy z zawrotną prędkością, ale droga jest jednostajna. Emocje są, bo jest prędkość, ale brakuje urozmaicenia. Z kolei podczas jazdy po krętych, górskich drogach trzeba zachować ostrożność, bo sytuacja na drodze zmienia się z minuty na minutę. Co jakiś czas wjeżdżasz na prosty odcinek, a za chwilę pojawia się kolejny zakręt, zmiana ograniczenia prędkości, mijasz wioski i miasta, przydrożne bary, a ciekawość, co będzie za rogiem nie ustaje ani na chwilę. NIEPRZEWIDYWALNOŚĆ – to ten pierwiastek, który pociąga mnie w podróżach. Postanowiłam więc wcielić go w mojego Erasmusa.

W drodze z Kizkalesi do Manavgat. Na szybie TIRa napis "Masallah", co znaczy "Niech Allah chroni". Droga była kręta, a przepaści głębokie, ale żyję, więc chyba nas chronił :)

W drodze z Kizkalesi do Manavgat. Na szybie TIRa napis „Masallah”, co znaczy „Niech Allah chroni”. Droga była kręta, a przepaści głębokie, ale żyję, więc chyba nas chronił :)

Będąc w stolicy obcego kraju mogłam zaprzyjaźnić się z każdym zakamarkiem miasta, organizując sobie czas na imprezach, spotkaniach towarzyskich, znajdując nowe rozrywki i po prostu żyjąc życiem tureckiej metropolii. Po części tak też robiłam, ale gdy tylko znajdywałam wolną chwilę, spędzałam czas eksplorując miejsca, których nie miała okazji poznać większa część społeczeństwa tureckiego, mimo że mieszkają tam całe życie (niektórych miejsc po prostu nie chcą lub boją się odwiedzać, ale o tym opowiem kiedy indziej).

W Turcji na powierzchni prawie 800 km² znajduje się osiem miast powyżej miliona mieszkańców, a oprócz tego tysiące mniejszych „miasteczek” (wielkością przypominających nasze duże miasta) i wsi. Tam właśnie spędzałam czas, podróżując z miasta do miasta, przemierzając wsie. Nie pozwalałam opaść emocjom, stale wchodząc w nowe zakręty, a na prostej dodając gazu, gdy tylko mój wewnętrzny silnik tracił moc. Od razu spieszę z wyjaśnieniem, że Ankarę pokochałam jako pierwszą. Gdyby tak nie zafascynowały mnie zakątki tego magicznego miasta pełnego kontrastów, to z pewnością nie poczułabym niedosytu, aby skonfrontować je z szerszym obrazem Turcji. Przeżyłam przygodę, a właściwie dziesiątki pomniejszych przygód, które razem złożyły się na wyprawę życia.

Widok z promu, który przewoził nas przez cieśninę Bosfor z europejskiej do azjatyckiej części Stambułu.

Widok z promu, który przewoził nas przez cieśninę Bosfor z europejskiej do azjatyckiej części Stambułu.

Mija trzeci rok od kiedy wsiadłam do tego spóźnionego samolotu, a dwa i pół od momentu pożegnania się ze wszystkim, co tak szybko i mocno pokochałam. Co rusz w głowie pojawiają się wspomnienia chwil – beztroskich, szalonych i fascynujących. Czasem przychodzą znienacka, jakby ukrywały się gdzieś na brzegu myśli i tylko czekały, żeby pojawić się w najmniej spodziewanym momencie. Czasem powoduje je niewielki impuls – piosenka, która kojarzy się z czasem spędzonym w Turcji, zapach jakiejś przyprawy czy potrawy albo słowo lub gest. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że te wspomnienia domagają się, aby je pielęgnować. Trzymają się kurczowo, żeby nie wyblaknąć, stoją w kolejce, aby przypomnieć mi dyskretnie o swoim istnieniu. Postanowiłam zatem pomóc im w tych staraniach i spisać to, czego raczej nie dowiecie się o Turcji nigdzie indziej. To bowiem moje własne, czasem bardzo przyziemne, a niekiedy całkowicie oderwane od rzeczywistości historie. Ludzie, miejsca, zdarzenia, które obserwowałam i w których uczestniczyłam, pokonując łącznie przeszło 7 tysięcy kilometrów po drogach Turcji. To przygody, które opisuję jakbym nadal wyglądała z zaciekawieniem przez okna samochodów zwykłych-niezwykłych obywateli Turcji. Historie, które chcę przestać przechowywać tylko w swojej głowie. Chciałabym, żebyście przez moje opowieści poznali Turcję taką, jaką ja widzę – piękną, wielobarwną, gościnną, otwartą, ale i pełną sprzeczności. Żeby odszedł w niepamięć mit o „nachalnym Turasie” i „matronach w zasłonach”. Pragnę odczarować przed Wami Turcję znaną nam jedynie z folderów biur podróży. Turcja to coś więcej niż piękne morza, białe piaski i tureccy „loverboye”. Mam nadzieję, że wkrótce się o tym przekonacie! Do przeczytania!

Ps. To nie jest blog tylko o Turcji, ale tak pokochałam ten kraj, że pewnie będą poświęcała mu nieco więcej uwagi. Mam Wam tyle do opowiedzenia! 😉

Jedna myśl nt. „Nieprzewidywalność, czyli mój sposób na Turcję

  1. Pingback: Pozwolenie na spełnianie marzeń | Blog Podróże w ciemno |

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *