Najłatwiejszy pierwszy krok, czyli początki podróżowania

Czy rodzimy się podróżnikami? Czy w naszych ciałach tkwi gen odpowiedzialny za chęć odkrywania nieznanych lądów? Niestety nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wiem, że niektórzy z nas rodzą się z ogromną ciekawością świata. Może nie wszyscy z nich mają okazję poznawać od najmłodszych lat dalekie krainy, ale ciekawość zaspokajają na inne sposoby, a pewnego dnia, gdy sami decydują o swoim życiu, wyruszają w nieznane. Tak było w moim przypadku.

A tak to się zaczęło…

2004 rok. W oczekiwaniu na pociąg jadący na mój pierwszy Woodstock. Ta z dużym (zdecydowanie za dużym!) plecakiem to ja - zamaszystym krokiem przemierzam peron ;)

2004 rok. W oczekiwaniu na pociąg jadący na mój pierwszy Woodstock. Ta na pierwszym planie z dużym (zdecydowanie za dużym!) plecakiem to ja – zamaszystym krokiem przemierzam peron 😉 Fot.: Nie mam pojęcia kto robił zdjęcie. Jak się odnajdzie, to dostanie czekoladę, choć jakość nie powala :P

Kiedy stajemy się podróżnikami? Czy można wyznaczyć ten moment lub granicę, po przejściu której możemy określać się tym mianem? Zadaję te pytania, bo szczerze wątpię, by KTOKOLWIEK zdecydował się nazwać to, co zaraz opiszę, podróżowaniem. Dla mnie jednak te chwile miały duże znaczenie.

Był 2005 rok – wakacje po 1 klasie liceum. No właśnie, 2 miesiące wakacji! Czas pełen podróży, kolonii i obozów zagranicznych, wylegiwania się na plaży z przyjaciółmi, spędzania czasu w gospodarstwach agroturystycznych i nad jeziorem. Żyć nie umierać! Chwileczkę… tak to wyglądało w marzeniach. Rzeczywistość była nieco inna.

Wakacje zaczęłam od pracy. Osiągnęłam pełnoletniość, więc w końcu mogłam zarobić własne, upragnione pieniądze. Zarobiona kasa pozwoliła mi na jeden wyjazd wakacyjny – wraz z przyjaciółkami zdecydowałyśmy się na polskie morze. Było cudnie, ale minął tydzień i co dalej? Drugi rok z rzędu udało mi się namówić rodziców na wyjazd na Woodstock. Po powrocie wciąż została masa wolnego czasu, a kasa się już dawno skończyła.

Pewnego kolejnego nudnego dnia tamtych wakacji, wpadłam z Natalią (jedna z moich przyjaciółek) na pomysł, że pojedziemy autostopem do sąsiedniego miasta na Festiwal Muzyki Alternatywnej. Jak powiedziałyśmy, tak zrobiłyśmy, a tamten dzień oficjalnie stał się początkiem przygody zwanej „AUTOSTOP”.

amsterdam

Wyobraźcie sobie, jakie byłyśmy szczęśliwe, gdy odkryłyśmy, że nie mając pieniędzy możemy jechać dokąd chcemy (no, prawie, było jeszcze kilka przeszkód, m.in. zgoda rodziców, choć i to dało się czasem obejść ;)). Do końca wakacji we 3 zjeździłyśmy wszystkie okoliczne miasta, w których z pozoru nie było nic ciekawego, ale dla nas ogromną frajdą było odkrywanie ich zakamarków. Od tamtego czasu odwiedziłyśmy też autostopem kilka fajnych miejsc w Polsce (Mielno, Gdańsk, Poznań czy Toruń). Ale wkrótce przestało nam to wystarczać… Świeżo upieczone podróżniczki-autostopowiczki chciały od życia czegoś więcej.

Ja chcę za granicę!

Pragnienie wyjazdu za granicę było naturalną koleją rzeczy. Miałam dość tego, co znam. Ciągnęło mnie w nieznane. Może to śmieszne, ale do czasu, gdy skończyłam studia licencjackie jedynym obcym krajem, w którym byłam (choć to chyba nawet za dużo powiedziane, bo po prostu przekroczyłam granicę do najbliższego sklepu po tani alkohol i słodycze) była Słowacja.

Moja chęć wyjazdu za granicę przypomina mi teraz trochę ogromne pragnienie Ryszarda Kapuścińskiego do przekroczenia granicy, które opisywał w „Podróżach z Herodotem”. Dla niego nie było ważne, jaka to będzie granica, do jakiego kraju go przeniesie. Ważne było, żeby mógł przejść tę magiczną linię, która oznacza ni mniej ni więcej, że jesteśmy w innym kraju. Na szczęście u Kapuścińskiego nie skończyło się na przekroczeniu jednej granicy. U mnie też nie.

2009 rok. Pierwszy lot samolotem. Całą drogę siedziałam z nosem przyklejonym do szyby, nawet jak już zapadł zmrok, a może wtedy jeszcze bardziej!

2009 rok. Pierwszy lot samolotem. Całą drogę siedziałam z nosem przyklejonym do szyby, nawet jak już zapadł zmrok, a może wtedy jeszcze bardziej!

Kos – niewielka grecka wyspa położona na Morzu Egejskim u wybrzeży Turcji. To tam miałam przeżyć swoją pierwszą zagraniczną przygodę. Właśnie kończyłam 3 rok studiów i zastanawiałam się, co dalej. Licencjat obroniłam w najszybszym możliwym terminie. Poczułam wolność. Co z magisterką? – zapytacie. Moi rodzice zadali dokładnie to samo pytanie. Ale kto powiedział, że od razu trzeba kontynuować naukę? Postanowiłam dać sobie sama rok wolnego. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że ma to swoją nazwę – gap year. Był 2009 rok, a w moim otoczeniu nie słyszałam o nikim, kto robiłby sobie rok wolnego od studiów na podróże.

Wyjazd na Kos nie był moim pierwszym wylotem z gniazda rodzinnego, za to pierwszym za granicę. Dwa lata z rzędu podczas studiów licencjackich wyjeżdżałam do pracy sezonowej nad polskie morze, do Mrzeżyna. Pozwoliło mi to nie tylko zdobyć doświadczenie barmańsko-kelnerskie, ale też pewność siebie, która z roku na rok wyrabiała we mnie przekonanie, że mogę wszystko. Duże znaczenie dla ostatecznej decyzji o wyjeździe miał też z pewnością fakt, że moje dwie przyjaciółki tuż po maturze wyjechały na rok do Francji, żeby opiekować się dziećmi we francuskich rodzinach, a przy okazji zarobić na pierwszy rok studiów i nauczyć się języka. To właśnie Natalia i Magda przetarły tę ścieżkę, dzięki czemu łatwiej było mi uwierzyć, że ludzie na całym świecie są do siebie podobni, a strach przed nimi wynika tylko z niewiedzy. Kto wie, czy zdecydowałabym się na wyjazd do pracy na Kos, gdyby nie doświadczenie moich dziewczyn. A z całą pewnością, gdyby nie one, decyzję tę byłoby mi znacznie trudniej podjąć.

Kolejnym czynnikiem, który dodał mi odwagi był fakt, że do wyjazdu namówiłam mojego chłopaka. Choć sam nie jest typem podróżnika, to zawsze chętnie przystaje na moje szalone pomysły :D. Te wszystkie powody sprawiły, że decyzja o wyjeździe okazała się dla mnie bardzo łatwa. Wątpliwości miałam jak na lekarstwo i dotyczyły raczej przyziemnych spraw, typu: „Czy wystarczająco dobrze znam język?”, „Czy nam się tam spodoba?”. Pytanie nie brzmiało „czy jechać?”, ale „na jak długo?”.

Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, zazdroszczę samej sobie z 2009 roku. Żadnych dylematów, godzin spędzonych na rozmyślaniu „co by było, gdyby”. Podjęłam decyzję i wcieliłam ją w życie. Tak po prostu. Na tym etapie mojego życia niewiele miałam do stracenia, nie wpadłam jeszcze w wielkomiejskie trybiki. Miałam plan i nic nie stało na przeszkodzie, żeby go zrealizować. To był pierwszy krok do przygody zwanej podróżowaniem (takim prawdziwym, nie 20 km za miasto :)).

Co dalej?

Ten post nie skończyłby się, gdybym zaczęła w nim opisywać każdą kolejną podróż (nie było ich znowu aż tak wiele, ale z pewnością jest o czym opowiadać!). Tym, co chciałam pokazać przez ten nieco przydługi wstęp, są dwie kwestie:

  1. Im wcześniej zaczniesz podróżować, tym lepiej.

Kiedy rozmawiam, słucham, czytam opowieści różnych podróżników, często na pytanie „Czego żałujesz?” odpowiadają: „Że nie zacząłem wcześniej”. Jeśli jesteś jeszcze młody – uczysz się, studiujesz, to postaw swój pierwszy krok już teraz. Nie pozwól, żeby lata uciekały Ci przez palce. Co Cię teraz powstrzymuje? Uwierz mi, że za rok, dwa czy pięć będzie tego jeszcze więcej, a podjęcie decyzji stanie się jeszcze trudniejsze. Idealny moment nie nadejdzie nigdy. Teraz jest ta chwila.

Ostatnio, jako perfekcjonistka z natury, postawiłam sobie za cel, żeby częściej kierować się w życiu zasadą „Better done than perfect”, czyli „Lepiej zrobione niż idealne” (w wersji angielskiej wydaje mi się bardziej dźwięczne ;)). To przesłanie znaczy, że nie warto czekać na idealny moment, ale zwerbalizować swoje plany tu i teraz. Nie musisz planować każdego szczegółu pierwszej wyprawy, bo może się okazać, że nigdy nie dojdziesz do momentu, w którym będziesz usatysfakcjonowana/y w 100%. Zacznij od podjęcia decyzji, a później samo się potoczy. Rozwiń skrzydła i daj się ponieść przygodzie. Za kilka lat będziesz wspominać ten czas i zrozumiesz, że było warto. Nie czekaj, opuść bezpieczną przystań i wypłyń na szerokie wody :)

  1. Każdy może podróżować.

Patrzysz na bogatszych, bardziej odważnych znajomych? Tak, oni od dziecka mają na swoim koncie dalekie wycieczki. I co z tego? Życie nie jest po to, by porównywać się do innych, ale do lepszej wersji siebie samego. Stwórz ją już teraz w swojej wyobraźni i dąż do tego, by iść o krok naprzód za każdym razem, gdy w Twojej głowie wykiełkuje kolejne marzenie.

Uwierz, że jeśli myśl o wyjeździe raz pojawiła się w Twojej głowie, to już stamtąd nie wyjdzie. Zadomowiła się na całego i czeka tylko na realizację. Nie dręcz się już więcej odpychaniem od siebie tej pokusy. Pozwól się jej ponieść. Być może nie będzie idealnie, może rozczaruje Cię życie podróżnika, ale nigdy sobie nie zarzucisz, że nie spróbowałeś. Jak pisał Mark Twain „Lepiej spróbować i żałować niż żałować, że się nie spróbowało”! Do dzieła – jeśli ja mogę, to Tobie też się uda :)

4 myśli nt. „Najłatwiejszy pierwszy krok, czyli początki podróżowania

  1. Magda

    Fajny wpis :) Miło jest być inspiracją dla kogoś:) Tak naprawdę każdy jest dla kogoś motywacją do działania, tylko czasami nie jesteśmy tego świadomi. Z tego wypływa wniosek, że warto spełniać swoje marzenia dla samego siebie i przy okazji inspirować innych do działania. To takie perpetuum mobile :) Czekam na kolejne wpisy :)

    Odpowiedz
    • Joanna Dark Autor wpisu

      Bardzo dobrze powiedziane! Żyjemy nie tylko dla siebie, a swoim postępowaniem możemy dać innym przykład, nawet nieświadomie. Oby każdemu z nas się to udawało, chociaż od czasu do czasu :)

      Odpowiedz
  2. Monika

    Mimo, że ja zaczęłam podróże zagraniczne wcześniej, w gimnazjum, to takie „prawdziwe” podróżowanie rozpoczął samotny wyjazd do Indii, potem lawina ruszyła ;p Nigdy nie jest za późno, ale im wcześniej tym lepiej, świat jest taki piękny!

    Odpowiedz
    • Joanna Dark Autor wpisu

      Myślę, że nie liczy się tak bardzo to, kiedy zaczynamy, ale co dla nas znaczy podróżowanie. Ty odkryłaś to „prawdziwe” dopiero podczas pierwszego samotnego wyjazdu, dla mnie przełomowy był chyba pierwszy wyjazd do pracy za granicę. Znam też ludzi, którzy zaczęli podróżować późno (niektórzy dopiero gdy odchowali dzieci), ale widzieli już w swoim życiu więcej niż niejeden zadeklarowany podróżnik. Ale oczywiście trzeba przyznać – im jest się młodszym tym jest po prostu łatwiej :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *