Złe dobrego początki – Paros

Co sobie wyobrażacie, gdy słyszycie „Grecja”? Cokolwiek to jest, znajdziecie to na niewielkiej wyspie, Paros. We wpisie Miłość a podróże pisałam dość (ok, bardzo ;)) romantycznie o tym, jak podróżnik może zakochać się w różnych miejscach. Jestem pewna, że większość z Was, którzy to czytaliście, doznawała lub nadal doznaje podobnych uczuć. Wbrew pozorom, nie różnimy się tak bardzo od siebie – wszyscy pragniemy odkrywać i kochać. Ja kilka lat temu zakochałam się w Paros. Niestety nasze początki nie należały do łatwych.

Pierwsze zetknięcie z tą małą wyspą położoną w archipelagu Cyklad na morzu Egejskim nie zaowocowało od razu sympatią. Wszystko było nie tak, jak sobie wyobrażałam…

Widok na morze i Parikię, największe miasto i port na Paros.

Widok na morze i Parikię, największe miasto i port na Paros.

Na Paros wyjechałam do pracy sezonowej. Miałam być kelnerką w restauracji hotelowej. Ofertę znalazłam w Internecie i na miejsce leciałam sama. Gdy komuś o tym mówiłam, zazwyczaj spotykałam się ze stwierdzeniem, że właściciel hotelu, z którym mailowałam rozmyśli się, a ja zostanę zdana na siebie na jakiejś wyspie. Muszę przyznać, że ja też trochę się stresowałam, bo był to mój pierwszy samotny wyjazd za granicę. Co prawda nie sprawdziły się czarne scenariusze mówiące, że nikt nie odbierze mnie z lotniska, a ja wyląduję sama na plaży, ale początek nie był zbyt kolorowy. Szef hotelu pokazał mi mój pokój i moich współlokatorów… całą zgraję mrówek! Były dosłownie wszędzie, wliczając w to łóżko. Jako że była już noc, nie pozostało mi nic innego jak strzepnąć je na ziemię, położyć się spać i liczyć na to, że nie postanowią osiedlić się np. w moich ustach. Jak się pewnie domyślacie, pierwszej nocy nie spałam zbyt dobrze.

Widok na morze Egejskie, rozciągający się z wejścia do hotelu, w którym pracowałam.

Widok na morze Egejskie, rozciągający się z wejścia do hotelu, w którym pracowałam.

Pierwsze dni upłynęły mi na załatwianiu papierkowej roboty – pozwolenia na pracę, badań lekarskich i umowy o pracę. Do hotelu zaglądałam tylko, żeby coś zjeść. Nie miałam więc okazji, żeby zapoznać się z resztą pracowników, a oni sami nie wydawali się chętni do integracji. Przyjazne nastawienie miała co prawda Anna, kelnerka z Bułgarii, ale mówiła słabo po angielsku, a poza tym była partnerką innego kelnera, Tsenko, z którym nie potrafiłam znaleźć wspólnego języka.

Początki w pracy nie były takie, jak sobie wyobrażałam. Wspomniany już Tsenko, który pracował w hotelu 5 czy 6 lat, czuł się tam jak szef. Mnie natomiast traktował jak swoją podwładną. Nie potrafiłam przejść z tym do porządku dziennego. Nie lepiej było z pozostałymi – barman Nikolay, też z Bułgarii, nie zwracał na mnie zupełnie uwagi, a para Anglików, Suzie i Lee (masażystka i kelner) mówili z tak silnym brytyjskim akcentem, że rozumiałam może co piąte ich słowo.

„Wspaniale, trafiłam do piekła przebranego za Raj” – myślałam sobie. Bo uroda Paros była zachwycająca, ale cała otoczka pozostawiała wiele do życzenia. Nie potrafiłam cieszyć się pięknymi widokami, kiedy przygnębiało mnie moje najbliższe otoczenie. Czułam, że jeszcze chwila, a zacznę szczerze nienawidzić to miejsce. Postanowiłam do tego nie dopuścić.

Kojarzycie, jak mówi się czasem, że to, jakie masz nastawienie wpływa na to, co się wokół Ciebie dzieje? Podobno swoją postawą przyciągamy określone sytuacje i ludzi. Miałam w końcu okazję sprawdzić, czy ta teoria ma jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość. Zmieniłam moje podejście o 180 stopni.

Nie było to łatwe, ale byłam konsekwentna. W końcu zamiast wściekać się na rządzącego mną Tsenko, zaczęłam ignorować jego uwagi, a do tego okazywać mu sympatię i po prostu robić swoje. Nie mogłam uwierzyć, kiedy po kilku dniach stwierdził, że mam niezły charakterek, a jego nastawienie do mnie zmieniło się zupełnie jak moje – o 180 stopni :) Od tamtej pory pracowało nam się o niebo lepiej, a ja czułam, że najgorsze mamy za sobą.

Need directions? Ask yourself ;) Drzewo na plaży zwanej Parasporos, znajdującej się w pobliżu hotelu.

Need directions? Ask yourself 😉 Drzewo na plaży zwanej Parasporos, znajdującej się w pobliżu hotelu.

Również po ludzku podeszłam do Anglików – powiedziałam im szczerze, że nie mogę zrozumieć ich akcentu, kiedy mówią szybko. Gdy trochę zwolnili, okazało się, że są bardzo wyluzowanymi, niezwykle ciekawymi i przede wszystkim sympatycznymi osobami! Suzie śmiała się później, że gdy wraca z Grecji do Anglii, znajomi zarzucają jej, że mówi jak arystokratka. A to wszystko przez to, że będąc na Paros stara się mówić jak najbardziej poprawnie i wolno, żeby nie-Anglicy mogli ją zrozumieć.

Moje relacje z Nikolayem poprawiły się (albo po prostu zaistniały) niespodziewanie. Kiedy nie zamartwiałam się wszystkim, co się wokół mnie działo, bardziej otworzyłam się na rozmowy również z nim. Okazało się, że mamy bardzo podobne  poczucie humoru i spojrzenie na życie. Spędziliśmy długie godziny na rozmowach i bardzo się zaprzyjaźniliśmy podczas tych wakacji.

W drodze do Doliny Motyli. Zdjęcie zrobił Nikolay - barman, a którym się zaprzyjaźniłam :) Ps. Tak, byłam wtedy ruda ;)

W drodze do Doliny Motyli. Zdjęcie zrobił Nikolay – barman, z którym się zaprzyjaźniłam :) Ps. Tak, byłam wtedy ruda ;)

Zapomniałabym o moich współlokatorach! Z nimi rozprawiłam się już na drugi dzień po przyjeździe. Potraktowałam każdy kąt pokoju końską dawką środka przeciw owadom. Do końca mojego pobytu z żadnej szpary nie wychyliła głowy nawet jedna mrówka.

Pewnie znacie powiedzenie „Złe dobrego początki”? Myślę, że doskonale opisuje moją sytuację na Paros. Czasami zderzenie z nową rzeczywistością okazuje się zupełnie różne od naszych wyobrażeń. Wakacje na rajskiej wyspie – to brzmi super, ale nikt nie obiecywał, że będzie tak kolorowo. Porwałam się na samotny wyjazd do miejsca, w którym nie znałam nikogo ani niczego. Wydawało mi się, że wszyscy mają obowiązek przyjąć mnie z otwartymi ramionami, podczas gdy dostałam ciekawą lekcję na przyszłość. To uświadomiło mi, że czasem trzeba się najpierw sparzyć, żeby odpowiednio podejść do tematu.

Wszystko mi mówi, że pokochałam Paros! Nawet arbuz, którego kroiłam do śniadania w hotelu :D

Wszystko mi mówi, że pokochałam Paros! Nawet arbuz, którego kroiłam do śniadania w hotelu :D

Sytuacje, w których jesteśmy zdani tylko na siebie, wzmacniają nasz charakter, uczą jak zachować się, kiedy coś nie idzie po naszej myśli. Warto w takich momentach odetchnąć głęboko, zaufać samemu sobie i iść dalej w obranym kierunku. Przeciwności to naturalna składowa naszego życia. Nieważne, czy mówimy o takim doświadczeniu jak wyjazd do pracy za granicę, zmiana szkoły, miejsca zamieszkania czy stanu cywilnego. Nowa sytuacja to nowe wyzwanie, z którym trzeba sobie poradzić na swój sposób. Moją metodą była całkowita zmiana nastawienia i, o dziwo, to wystarczyło. A może po prostu sytuacja z biegiem czasu sama się unormowała… Wolę jednak myśleć, że była w tym moja zasługa, bo to doświadczenie dało mi wiarę, że mam w sobie siłę do zmiany niechcianej rzeczywistości. Czasem wystarczy tylko mocno zacisnąć zęby i po prostu zmienić swoje nastawienie – o 180 stopni 😉

Chociaż na początku pobytu na Paros nie czułam się tam najlepiej, to po dwóch miesiącach, w dniu wyjazdu do Polski nie obyło się bez łez. Tak się ze wszystkimi zżyłam, że wylądowałam tam znowu rok później na kolejne dwa miesiące.

Ciekawa jestem, czy Wy też macie podobne doświadczenia, gdy zastana sytuacja zupełnie nie odpowiadała Waszym wyobrażeniom. Jak sobie z tym poradziliście?

Ps. Więcej o samym Paros napiszę już wkrótce, bo jest to zupełnie nieznana Polakom grecka wyspa, która zdecydowanie zasługuje na uwagę, chociażby dlatego, że zawiera w sobie całą kwintesencję Grecji na 165 km2.

7 myśli nt. „Złe dobrego początki – Paros

  1. Natalia

    Bardzo ciekawy wpis! Brawo za odwagę, wyjechać tak daleko i to prawie bez języka:-) Zgadzam się z Tobą, że nastawienie potrafi zmienić każdą sytuację. Kiedyś także wyjechałam na wyspę, na Korsykę dokładnie. Znałam francuski, więc pewnie było mi łatwiej choć początki nie były łatwe. Zaczęłam jako kelnerka bez doświadczenia i po 2 dniach chciałam uciec w inne miejsce, ale „coś” mi podpowiadało żeby została no i zostałam 3 miesiące i wróciłam rok później dokładnie w to samo miejsce! „Złego dobre początki”

    Odpowiedz
    • Joanna Dark Autor wpisu

      Dzięki, Natalia! Sama wiesz najlepiej, że czasem wystarczy przetrwać kiepskie początki, a później jest już tylko lepiej :) A co do znajomości języka, to na szczęście nie musiałam znać greckiego, angielski wystarczył w zupełności :)

      Odpowiedz
  2. Pingback: Pozwolenie na spełnianie marzeń | Blog Podróże w ciemno |

  3. Ulka

    Ja miałam podobne doświadczenia, jak pojechałam do pracy do Egiptu, w hotelu, jako guest relation. Kiedy już zaczęło mi być tam fajnie, niestety wybuchła arabska wiosna i musiałam wrócić do domu. Ale początki nie były łatwe! Pamiętam, że po tygodniu chciałam się pakować i wracać! Kolejny mój wyjazd do pracy w ciemno był do Maroka, ale tu od samego początku było wszystko ok, choć były dni, kiedy miałam wątpliwości czy to co robię jest słuszne. Nastawienie jest najważniejsze!

    Odpowiedz
    • Joanna Dark Autor wpisu

      Zgadzam się, czasem trzeba zagryźć zęby, żeby później szerzej otworzyć oczy :) Ciekawa jestem Twoich doświadczeń z Maroka – w jakiej branży pracowałaś i jak długo tam byłaś? Maroko to jedno z wielu moich podróżniczych marzeń, całkiem wysoko na liście miejsc do odwiedzenia.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *