Wszystko, co najlepsze w Bułgarii i Rumunii + bonus

„W życiu piękne są tylko chwile” – śpiewał niegdyś Rysiek Riedel, wokalista zespołu Dżem. I dla tych chwil warto żyć. Bo co będziesz pamiętać przed snem, kiedy położysz głowę na poduszce i przemkną przez nią wydarzenia minionego dnia? Czy będziesz analizować stan swojego konta bankowego, wykłady, które usłyszałeś na uczelni i zadania, które zrealizowałeś w pracy? Czy może pojawi się pod powiekami subtelny uśmiech brunetki z autobusu, której pomogłeś wnieść bagaż, kawa na mieście z przypadkowo spotkaną znajomą albo poranny bieg i rześkie powietrze, które przeszywało każdą komórkę Twojego ciała?

Zastanawiacie się pewnie, co te wszystkie pytania mają wspólnego z Bułgarią i Rumunią. Zauważyłam pewną prawidłowość – kiedy wspominam moje minione podróże, zazwyczaj nie analizuję tego, jakie katedry udało mi się zwiedzić (choć bardzo lubię zwiedzać), ile muzeów odwiedziłam i ile kosztowały bilety na komunikację miejską. Nie chcę więc zasypywać Was tymi praktycznymi informacjami, które być może mają znaczenie na etapie planowania, ale w ogólnym rozrachunku nie są tak ważne jak inne elementy układanki. Przeprowadzę Was więc przez wrześniową Bułgarię i Rumunię tak, abyście kiedyś pojechali tam ze świadomością, że atmosfera i unikalny charakter tych krajów to wszystko, czego potrzeba Wam do szczęścia. Być może nie zainteresują Was moje i Marcina doświadczenia z dwóch tygodni podróży po tych krajach, ale między wierszami znajdziecie trochę wskazówek, kilka wyjątkowych miejsc i chwil, które mogą stać się również Waszym udziałem.

Palinka w Bran

Do Bran dojechaliśmy późnym popołudniem. Zatrzymaliśmy się w urokliwym pensjonacie usytuowanym przy ścieżce prowadzącej w góry. Widok z okna sprawił, że z miejsca zakochaliśmy się we wszystkim, co nas otaczało. Wliczając w to gospodynię tego cudownego przybytku. Leontina była przeuroczą kobietą i choć nasza komunikacja była utrudniona przez jej słabą znajomość angielskiego, to ta osoba o wielkim sercu sprawiła, że poczuliśmy się tam jak w domu. Wybór miejsca noclegowego okazał się kluczowy, bo już po 15 minutach postanowiliśmy, że zostajemy tam dzień dłużej niż planowaliśmy.

Po powrocie z wieczornego spaceru przemknęliśmy z Marcinem do kuchni położonej na parterze pensjonatu. Tego wieczoru byliśmy tam jedynymi gośćmi. Nie zaskoczył nas widok Leontiny z rodziną dyskutujących przy stole na świeżym powietrzu. Bardziej zaskoczył nas moment, gdy jej mąż zaczepił nas w drodze powrotnej z kuchni:

– Palinka? – zapytał.

– Palinka, palinka – odpowiedziałam nie rozumiejąc, o co pyta, ale nauczona doświadczeniami ostatnich dni postanowiłam przytakiwać na wszystko, co do mnie mówią. Rumuński to naprawdę skomplikowany język!

– No to palinka! – ucieszył się i w tej samej chwili podniósł ze stołu butelkę bliżej nieokreślonego przezroczystego płynu.

Wtedy mnie olśniło. Palinka przemknęła mi przed oczami, gdy czytałam o Rumunii w przewodniku. To bardzo mocny, tradycyjny rumuński alkohol pędzony ze śliwek lub innych owoców. Ta, którą mąż Leontiny napełniał właśnie do połowy nasze szklanki, miała jakieś 70% alkoholu i była jego własnej produkcji! Oj, paliła! Ale jeszcze bardziej niesamowita od przeszywającego cały organizm ciepła alkoholu w chłodny wieczór, była rodzinna atmosfera, która panowała przy stole. Nie trzeba było im wiele – butelka wódki i talerz ciastek, ale zaproszenie nas do wspólnej rozmowy było czymś oczywistym.

Droga prowadząca do naszego pensjonatu. Bran, Rumunia.

Droga prowadząca do naszego pensjonatu. Bran, Rumunia.

Podróż pociągiem z Rumunii do Bułgarii

O tym, jak nie zrealizowaliśmy z Marcinem naszego ambitnego planu pokonania Bułgarii i Rumunii w całości autostopem, pisałam tutaj: Podróże – oczekiwania a rzeczywistość. W efekcie naszej nagłej zmiany planów wylądowaliśmy w pociągu międzykrajowym z Rumunii do Bułgarii. Trasa z Braszowa do Warny miała zająć nam ok. 10 godzin. Koniec końców na miejsce dotarliśmy po 14. Okazało się, że 10 minut na przesiadkę na granicy to zdecydowanie za mało, mimo zapewnień pani z Informacji. Przedłużająca się kontrola paszportowa (mimo otwartych granic) spowodowała, że musieliśmy pojechać tym pociągiem w przeciwnym kierunku niż Warna – do Wielkiego Tyrnowa. Tam dopiero mogliśmy złapać pociąg do Warny.

Co w tym fajnego, że znalazło się na mojej liście? – zapytacie. Też się nad tym zastanawiałam, kiedy emocje buzowały we mnie jak oszalałe, gdy zostaliśmy olani przez dwóch kolejnych konduktorów, a o planie naszej dalszej podróży dowiedzieliśmy się dopiero po 45 minutach stania na granicy bułgarskiej. Jednak gdy tylko ruszyliśmy, a ostatnie popołudniowe promienie słońca wpadły do wagonu, w którym zostaliśmy tylko my, nastrój nam się poprawił. Włączyliśmy wesołą muzykę, wytknęliśmy głowy przez okno i śpiewaliśmy na cały głos, przekręcając słowa. To było wspaniałe uczucie radości i wolności. W końcu byliśmy na wakacjach, a te 4 dodatkowe godziny spędzone w pociągu nie były tragedią, tylko częścią naszej bułgarsko-rumuńskiej przygody.

Autostop i Bułgaria prawdziwie namacalna

Nie myślcie sobie, że odpuściłam podczas tej podróży autostop! Emocje, które towarzyszą mi podczas tego sposobu podróżowania są niemal nie do opisania. To poczucie wolności, przyjemna niepewność i w końcu wielka przygoda, bo nigdy nie wiesz, kto zatrzyma się, żeby ugościć cię w swoim aucie. Tym razem ekscytację potęgował fakt, że była to moja pierwsza podróż autostopem z Marcinem. Obawiałam się trochę tego momentu i jednocześnie nie mogłam się doczekać. I wiecie co? Po 11 latach związku przekonałam się, że jest świetnym towarzyszem na stopa!

Pierwszy autostop. Sofia, Bułgaria.

Pierwszy autostop. Sofia, Bułgaria.

Najlepszy był pierwszy stop – czułam się, jakbym obserwowała dziecko próbujące pierwszy raz w życiu cukierka. Ta wspólna radość, gdy zatrzymał się pierwszy samochód, a później niekończące się rozmowy i uśmiechy z kolejnymi kierowcami. Ale oboje najmilej wspominamy Dancza, bułgarskiego kierowcę TIRa. Danczo postawił sobie za punkt honoru, żeby zapoznać nas jak najlepiej z dobrami swojego kraju, toteż co jakich czas zatrzymywaliśmy się przy drodze na różne smakołyki. Najpierw dwa wielkie słoiki zsiadłego krowiego i owczego mleka – tak gęstego, że nie wylewało się z nich nawet po przewróceniu ich do góry dnem. Później była krystalicznie czysta, nieziemsko orzeźwiająca górska woda. Na koniec skusiliśmy się na duże pudełko słodkich malin. Między tymi smakołykami mieliśmy okazję dowiedzieć się, że w 1980 roku Danczo stanął na podium olimpijskim w Moskwie reprezentując swój kraj w boksie, a jego nagrodą był m.in. samochód (co prawda Google nie potwierdziło tych informacji, ale istnieje prawdopodobieństwo, że coś przekręciłam z tej bułgarsko-rosyjsko-polsko-angielskiej rozmowy ;)). Wynagrodzenie dla sportowców było w tamtych czasach w Bułgarii bardzo marne, dlatego Danczo postanowił rzucić boks i zaczął jeździć samochodami ciężarowymi. A my dzięki temu mieliśmy okazję poznać Bułgarię z innej strony, oczami osoby, która za cel postawiła sobie, żebyśmy pokochali jej rodzimy kraj.

Marcin i Danczo nalewają źródlaną wodę do butelek

Marcin i Danczo nalewają źródlaną wodę do butelek

Trasa Transfogarska i niedźwiedzie

Podczas całej naszej wyprawy przez Bułgarię i Rumunię musieliśmy zrezygnować z odwiedzenia kilku miejsc, które początkowo znalazły się w naszym planie. Ale przejażdżka przez Trasę Transfogarską w Rumunii nie podlegała wątpliwości. 108 km serpentyn przez Góry Fogarskie obfitowały dla nas nie tylko w niezapomniane widoki, ale również wspaniałych ludzi, których poznaliśmy na trasie. Do połowy trasy jechaliśmy autostopem z ok. 30-letnim chłopakiem, a dalej z uroczą starszą parą, która zawiozła nas aż do Bran, miejsca, które słynie z legendarnego zamku Draculi. Jednak już zawsze, gdy pomyślę „Transfăgărășan” (rumuńska nazwa Drogi Transfogarskiej), w pamięci będę miała czas, który spędziliśmy z Marcinem starając się złapać stopa w połowie Trasy.

Marcin na Trasie Transfogarskiej

Marcin na Trasie Transfogarskiej

Maszerowaliśmy około pół godziny po tej asfaltowej drodze wydrążonej między górami. W pobliżu szumiał strumień, wiatr coraz mocniej poruszał drzewami (im wyżej, tym zimniej się robiło), a my wypatrywaliśmy na wzgórzach… niedźwiedzi. Poprzedni kierowca nieźle nas nastraszył mówiąc, że w tych okolicach jest ich największe skupisko w całej Europie. Powietrze było rześkie, a my w doskonałych nastrojach (mimo wizji spotkania się oko w oko z niedźwiedziem). Trochę zaczęliśmy się też martwić, kiedy po 30 minutach drogi minął nas tylko jeden samochód i kilku motocyklistów, ale następne auto wybawiło nas ze złowieszczych pazurów czyhających za każdym drzewem niedźwiedzi ;).

Na szczycie Trasy Transfogarskiej - 2034 m n.p.m.

Na szczycie Trasy Transfogarskiej – 2034 m n.p.m.

Słodkie lenistwo w Warnie

Nasza przygoda w Warnie zaczęła się, jak tylko przekroczyliśmy próg hotelu i naszego pokoju, do którego wprowadził nas syn właścicieli. Gdy tylko zatrzasnął za sobą drzwi, oboje z Marcinem spoglądaliśmy to na siebie, to na ogromne łóżko i przestronne wnętrze. Nie mogliśmy uwierzyć, że za 27 zł od osoby za noc mamy taki luksus. W łazience duża wanna, a widok z tarasu wprost zniewalający. Korzystając z tych uroków, codziennie przyrządzaliśmy sobie smaczne śniadania na świeżym powietrzu, którymi delektowaliśmy się przy akompaniamencie delikatnych podmuchów wiatru i pierwszych promieni słońca.

Nasz pokój w Warnie

Nasz pokój w Warnie

Wieczory nie były gorsze – 2,5-litrowe piwo za 5 złotych czy smaczne białe wino w tej samej cenie, popijane do późnych godzin nocnych, gapiąc się w księżyc i światła miasta połyskujące na tafli morza. Coś pięknego!

Kamenitza

Ja i 2,5-litrowa Kamenitza 😀 King in the castle ;)

700 metrów w dół z hotelu była plaża. Jedynym mankamentem położenia hotelu były powroty pod górkę, ale po kilku godzinach lenistwa nad wodą nie mieliśmy nic przeciwko. Wracając do plaży – połową plażowiczów byli nudyści, a reszta w strojach. Pełna dowolność. Muszę przyznać, że na początku trochę zdziwił mnie widok golasów, zwłaszcza że większość z nich stanowili staruszkowie. Z początku myśleliśmy, że to jakaś specyficzna terapia grupowa, ale nic z tych rzeczy – terapii to oni zdecydowanie nie potrzebowali. If you know what I mean ;). Tak czy inaczej plaża była spokojna i nie przeludniona, a morze ciepłe, więc wszystko na swoim miejscu.

Zdarzyło nam się TAK wchodzić na plażę ;) Sami kiedyś spróbujcie przejść kilkaset metrów w japonkach po takich kamieniach!

Zdarzyło nam się TAK wchodzić na plażę 😉 Sami kiedyś spróbujcie przejść kilkaset metrów w japonkach po takich kamieniach!

W Warnie zamiast 4 planowanych, spędziliśmy 6 dni, z czego 5 na plaży. W przeddzień wyjazdu umówiliśmy się z hotelowym kierowcą, żeby ustalić godzinę transferu na dworzec. Zasypał nas wtedy pytaniami o atrakcje Warny, które udało nam się zwiedzić. Poczuliśmy się jak ignoranci i postanowiliśmy nadrobić co nieco ostatniego dnia. Tym sposobem obeszliśmy spacerkiem całe centrum miasta. Mimo, że Warna jako miasto przypadła nam do gustu, to jednak czasu, który spędziliśmy na błogim lenistwie nie zastąpiłabym niczym innym!

Śniadanie na balkonie w Warnie

Śniadanie na balkonie w Warnie

Bułgaria dla odkrywców – Belogradczik

Belogradczik jest cudowny i koniecznie musi znaleźć się na trasie każdego, kto planuje odwiedzić Bułgarię. Krajobraz miejscowości jest skalisto-górzysty, nie brakuje tu miejsc do spacerowania i przeróżnych zakamarków do eksplorowania przez ciekawskich. My zajrzeliśmy do każdej dziury! Dosłownie…

"O, a co to za dziura?";) Belogradczik, Bułgaria.

„O, a co to za dziura?”;) Belogradczik, Bułgaria.

Niesamowite wrażenie sprawia również restauracja położona na wzgórzu (zapytajcie w centrum, jak do niej dojść), z której rozciąga się wspaniały widok na spowite mgłą lub oblane słońcem formy skalne. Sprawdziliśmy – w obu wersjach wyglądają cudnie. Poza tym Belogradczik nie jest oblegany przez turystów, a jeśli już jakichś spotykaliśmy, to byli to Bułgarzy, dzięki czemu mogliśmy zaobserwować życie codzienne tej narodowości. Idąc na śniadanie do małej knajpki z ławeczkami na świeżym powietrzu mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tam jedynymi turystami. I w to nam graj! Jeśli i Wy chcecie się tak poczuć, to polecamy wybrać się tam poza sezonem. W lipcu i sierpniu Belogradczik jest bardziej popularny.

Restauracja z widokiem na Belogradczik

Restauracja z widokiem na Belogradczik

Spacer po Belogradcziku

Spacer po okolicach Belogradcziku

Autostopowe mądrości

Nasza ostatnia autostopowa podróż podczas tej wyprawy kończyła się w Poznaniu. Długo debatowaliśmy, jak wrócić z wakacji. Samolot z Sofii lądował w Dortmund. Co prawda połączenie z Polską było dostępne jeszcze tego samego dnia, ale przesiadka trwałaby 12 godzin. W dodatku z nocnym lądowaniem w Warszawie (Ławica w Poznaniu była w tym czasie zupełnie zamknięta), skąd i tak musielibyśmy dostać się jakoś do Poznania. Postawiliśmy więc na autostop. Na lotnisku zagadaliśmy do pewnego biznesmena z Polski i na nasze szczęście okazało się, że może podwieźć nas kilkadziesiąt kilometrów i zostawić na najbliższej stacji benzynowej na autostradzie. Najlepsze jednak było to, że Zbyszek, mimo dużego majątku, który posiadał, był bardzo pokornym i mądrym życiowo człowiekiem. Dzięki temu dostaliśmy potężną dawkę inspiracji i motywacji do działania.

Skrajnie inaczej przebiegał autostop wprost do Poznania, którego złapaliśmy tuż przed polską granicą. Dwóch biznesmenów nie mogło poszczycić się sukcesami w swojej branży. Tym razem dostaliśmy lekcję, że pochopne decyzje i złe zbiegi okoliczności mogą stać się przyczyną ludzkich tragedii. Każde doświadczenie ma jakiś sens, dlatego obu historii wysłuchaliśmy z pokorą i mocno zapadły nam w pamięć. Na pewno kiedyś się nimi z Wami podzielę.

Kolejowe znajomości

O ile co do autostopu nie miałam wątpliwości, że będzie obfitował w przygody i ciekawe znajomości, to do pomysłu podróży pociągiem podchodziłam sceptycznie. Na co dzień co prawda lubię jeździć koleją, ale od wakacji oczekuję czegoś więcej niż tylko „lubię”. Ale podróż pociągiem z Warny do Sofii zaskoczyła mnie, jak nic innego. Właściwie to zaskoczył mnie nasz współpasażer, Dimitar. Mężczyzna po 50, piastujący ważne stanowisko dyrektora marketingu Opery Narodowej Bułgarii. Niezliczone historie z podróży (w tym po Polsce), spotkania ze znanymi osobistościami, kuluary funkcjonowania opery czy anegdoty związane z historią Bułgarii (w których uczestniczył) sprawiły, że 8 godzin w pociągu minęło jak z bicza strzelił. O Dimie też pewnie jeszcze tutaj przeczytacie.

Przekraczanie granicy Bułgarii z Rumunią

Jak przekraczać granicę Bułgarii z Rumunią to tylko na pieszo! Do Rumunii przechodziliśmy z miejscowości Widyń w Bułgarii. Samo przejście graniczne jest otwarte, co znaczy, że ledwo zauważyliśmy, że już jesteśmy w Rumunii. Informowała o tym tylko tablica. Ale most na Dunaju, który łączy oba te kraje, zrobił na mnie wrażenie proporcjonalnie duże do swojej długości. Czyli naprawdę duże. Jeden z lepszych spacerów tego wyjazdu.

Przejście graniczne Bułgarii z Rumunią

Most na Dunaju

Bonus!

Na koniec perełka dla wytrwałych, którzy przebrnęli przez 9 pozostałych powodów, dla których wyprawa do Bułgarii i Rumunii była wyjątkowa. Zaręczyny. Tak, dobrze czytacie – zaręczyliśmy się!

Oczywiście nie musicie zastanawiać się, który z powyższych momentów zdobywa miano „Best of the best”. Widok swojego partnera, który klęka przed Tobą i deklaruje, że chce spędzić z Tobą resztę życia, bije wszystko na głowę. Oczywiście takie deklaracje były już wcześniej, w końcu nie zajęło nam 11 lat zastanawianie się, czy aby na pewno chcemy być razem. Ale tym razem mam w bonusie pierścionek ;).

Ten wielki moment nastąpił w Bran w Rumunii, gdzie mieści się legendarny zamek hrabiego Draculi. Czemu Rumunia? Pomysł odwiedzenia Transylwanii pojawił się jakieś 7 lat temu, kiedy pracowaliśmy na wyspie Kos z naszym przyjacielem z Rumunii. On pochodził właśnie z tego regionu i opowiadał nam o jego wspaniałych walorach. Później okazało się, że Transylwania jest większa niż nam się wydawało, dlatego nie dotarliśmy tym razem do Mariusa, ale to właśnie jego kraj stanowił tło dla tego pięknego momentu w naszym życiu. A ja, mimo tych 11 lat, byłam naprawdę zaskoczona!

Jak sami widzicie, nasza dwutygodniowa wyprawa przez Bułgarię i Rumunię obfitowała w emocje i przygody. Na naszej drodze stanęli wspaniali ludzie i piękne krajobrazy. Znaleźliśmy czas na zwiedzanie, poznawanie kultury, jak i na odpoczynek polegający na nierobieniu niczego. Dziś wiem, że taki sposób podróżowania to przepis na udane wakacje. Wiem też, że najpiękniejsza w tym wszystkim jest elastyczne podejście do życia i otwarty umysł. Wakacje nie są po to, żeby stresować się i pędzić nie wiadomo dokąd. Służą za to poznaniu odwiedzanego kraju na tyle, na ile jest to możliwe. Ale co ważniejsze, pomagają poznać samego siebie.

Wybaczcie, jeśli nie znaleźliście w tym wpisie odpowiedzi na pytania o praktyczną stronę podróżowania po Bułgarii i Rumunii, ale chętnie rozwieję Wasze wątpliwości dotyczące tych krajów, więc piszcie śmiało w wiadomościach prywatnych!

5 myśli nt. „Wszystko, co najlepsze w Bułgarii i Rumunii + bonus

  1. Ulka

    Kolejny wpis na blogu, który przeczytałam z zaciekawieniem :) W wielu opisywanych przez Ciebie miejscach byłam i ten post przywołał wspomnienie cudownych chwil sprzed lat. I dla tych chwil i dla tych wspomnień warto żyć :)

    Odpowiedz
  2. Pingback: Najpiękniejsza trasa w Europie – Szosa Transfogarska | Podróże w Ciemno |

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *