Najpiękniejsza trasa w Europie – Szosa Transfogarska

Szosa Transfogarska zachwyca – nie tylko niesamowitymi widokami, ale też ogromem pracy, jaki został włożony w jej zbudowanie. To właśnie urok tego miejsca sprawił, że przeżyliśmy tam z Marcinem jedne z milszych chwil podczas naszej autostopowej, wrześniowej wyprawy przez Bułgarię i Rumunię.

Z początku trochę minęliśmy się z Szosą… Jeszcze w Polsce źle sprawdziłam drogę i ciągle byłam przeświadczona, że ta najsłynniejsza trasa w Rumunii zaczyna się w Pitești, gdy tymczasem jej początkiem okazała się miejscowość o nazwie Curtea de Argeș. Z błędu wyprowadziła nas pracownica pensjonatu w Pitești, gdy zapytaliśmy jak dotrzeć na wylotówkę na Transfagarașan (rumuńska nazwa trasy).

Nic to, Pitești od Curtea de Argeș dzieli zaledwie 40 km, więc szybko dotarliśmy do właściwego miejsca autostopem z miłym starszym Rumunem, z którym nawet nieźle porozumieliśmy się po angielsku.

Jak wspominałam we wpisie „Podróże – oczekiwania a rzeczywistość”, podczas naszej wyprawy przez Bułgarię i Rumunię zrezygnowaliśmy z zobaczenia kilku miejsc, które wcześniej sobie zaplanowaliśmy, ale Trasy Transfogarskiej nie mogliśmy odpuścić. Jest to bowiem jedna z najbardziej malowniczych dróg w Europie. Wybudowana w latach 1970-1974, w czasach dyktatury Nicolae Ceaușescu, po dziś dzień pozostaje marzeniem wielu motocyklistów i kierowców. Ciągnące się przez 108 km serpentyny przecinające pasmo Gór Fogaraskich, świetny stan dróg (dziś już nieco gorszy, bo coraz rzadziej są remontowane) i zapierające dech w piersiach widoki przyciągają co roku tysiące turystów. My mieliśmy to szczęście (które przez chwile miało okazać się również zmartwieniem), że w połowie września turystów można było na całej trasie policzyć na palcach dwóch dłoni. Dodatkowym powodem, dla którego było ich tak niewielu, był fakt, że zdecydowaliśmy się na wycieczkę poza weekendem, w poniedziałek.

Trasa Transfogarska

Kolejną ryzykowną kwestią było prawdopodobieństwo, że o tej porze roku część trasy będzie zamknięta. Jakoś przeoczyliśmy informację, że od połowy września do połowy czerwca ta droga jest zamykana, bo panujące na górze warunki atmosferyczne czynią ją zbyt niebezpieczną. W końcu szczyt drogi znajduje się na wysokości 2030 m n.p.m. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero od młodego kierowcy, który podwiózł nas z Curtea de Argeș prawie do połowy Transfăgărășan. Sam pracował w hydroenergetyce i musiał w tym miejscu trasy zrobić jakieś pomiary. Na szczęście po telefonie do swojego znajomego stwierdził, że mamy szczęście – trasa jest jeszcze otwarta, mimo że właśnie był 13 września.

Szosa Transfogarska

Ten około trzydziestoletni chłopak okazał się bardzo wdzięcznym rozmówcą. Dzięki niemu mieliśmy okazję lepiej zrozumieć obecną sytuację ekonomiczną w Rumunii oraz porównać poziom życia młodych ludzi tam i w Polsce. Denycz (tak miał na imię) reprezentował punkt widzenia typowy dla młodszego pokolenia Rumunów. Jako że okazało się, że wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji życiowo-zawodowej, mieliśmy wiele wspólnych tematów. Na początek wszyscy ponarzekaliśmy na polityków – on rumuńskich, my polskich – na opiekę zdrowotną i administrację kraju. Rumunia okazała się krajem pełnym absurdów, bo dla przykładu według informacji Denycza społeczeństwo płaci wysokie podatki na remonty dróg, a od wielu lat żadnych remontów nie widać. My możemy jedynie potwierdzić, że na dość niewielkim obszarze od granicy z Bułgarią na zachodzie kraju do Bukaresztu rzeczywiście nie było widać żadnych robót drogowych.

4 lata temu w Rumunii odbyło się referendum. Pod głosowanie poddano kwestię liczby posłów w Parlamencie. Zapytano obywateli, czy chcą ograniczyć ją z ok. 600 do 300. Większość odpowiedziała twierdząco, a mimo to po dziś dzień nie rozwiązano tej kwestii.

Rozmowy o polityce nie wprawiły nas w najlepszy nastrój, więc postanowiłam dowiedzieć się, jakie są dobre strony mieszkania w Rumunii. Denycz bez zastanowienia odpowiedział, że luźne podejście do życia obywateli. Większość z nich nadal od pokoleń jest rolnikami i żyją z dnia na dzień, nie martwiąc się tym, co będzie za 5-10 lat. Radość z obecnej chwili to dobra cecha, jeśli weźmiemy pod uwagę jednostkę, jednak nie jestem do tego przekonana, jeśli mówimy o takim podejściu do życia większej części społeczeństwa.

Od Denycza dowiedzieliśmy się też, że w Górach Fogaraskich odnotowano największy odsetek w całej Europie dziko żyjących niedźwiedzi. Nasz kierowca opowiadał z własnego doświadczenia, że spotkanie ich tutaj nie jest wcale nieprawdopodobne, bo jemu samemu raz się to zdarzyło. Wyobraźcie sobie wokół czego wędrowały nasze myśli, gdy Denycz wysadził nas na środku drogi, a po jej obu stronach witał nas tylko las i rwący strumień, a wokół żywej duszy.

Trasa Transfogarska

Ruszyliśmy przed siebie. 10 minut marszu – świetna zabawa. Żartowaliśmy, co zrobimy, gdy na naszej drodze stanie niedźwiedź. Różne scenariusze przychodziły nam do głowy, zaczynając od nakarmienia niedźwiedzia przekąskami z plecaków, na ekstremalnym selfie kończąc. Kiedy po 20 minutach marszu wzdłuż drogi, jedynymi pojazdami, które nas minęły była grupa motocykli i pędzące BMW, które mało nas nie potrąciło, zaczęliśmy poważnie zastanawiać się, czy cokolwiek uda nas się złapać. Zresztą, podczas podróży z Denyczem do połowy Transfăgărășan też minęło nas tylko jedno auto. To nie zapowiadało nic dobrego. W głowie szybko obliczyliśmy, ile brakuje nam do szczytu – tam było schronisko. Jakieś 25 kilometrów, damy radę dojść. Ale co z niedźwiedziami? Zaczęło też robić się coraz zimniej, byliśmy w końcu na coraz większej wysokości. Jak się później okazało, kilka kilometrów dalej chmury zeszły na drogę tworząc gęstą białą mgłę… Nie dajcie się jednak zmylić temu niepokojącemu opisowi. Jeśli czytaliście mój wpis „Wszystko, co najlepsze w Bułgarii i Rumunii”, to wiecie, że to właśnie ten spacer zapadł mi w pamięci jako jedna z najmilszych chwil naszej wyprawy.

Mgła w drodze na szczyt Trasy Transfogarskiej

Mgła w drodze na szczyt Trasy Transfogarskiej

Po około pół godziny marszu, w końcu pojawił się na horyzoncie samochód. Mało tego – zatrzymał się przy nas! Nieźle się wtedy zakręciłam, bo zamiast zapytać po prostu, czy jadą na koniec trasy (choć właściwie gdziekolwiek do przodu by nas satysfakcjonowało), to po otwarciu drzwi wypaliłam z głupia frant: „Transfăgărășan?”, chociaż przecież właśnie na niej się znajdowaliśmy! Za chwilę jednak przypomniałam sobie nazwę miejscowości, która znajduje się tuż za wyjazdem z Transfăgărășan, więc aby ułatwić, podałam jej nazwę. Na marginesie – podałam nazwę Victoria, która co prawda znajduje się kawałek za końcem szosy, ale niewiele mówi nawet Rumunom. Tak naprawdę za koniec Drogi Transfogarskiej uznaje się miejscowość o nazwie Cârţişoara.

Sęk w tym, że jadąc Trasą Transfogarską nie ma innej możliwości niż przejechać z początku na koniec, bo droga nie posiada żadnych innych dojazdówek. Okazało się więc, że zamiast ułatwić, tylko utrudniłam zrozumienie naszego celu. Kierowca stwierdził, że jadą gdzie indziej (sic!) i już zamykał drzwi, kiedy my gorączkowo zaczęliśmy tłumaczyć na migi, że właściwie nam to obojętne, gdzie pojedziemy, byle nie zostać na środku tej drogi. W tej samej chwili pakowaliśmy się na tylne siedzenia.

Parking na szczycie Drogi Transfogarskiej

Parking na szczycie Drogi Transfogarskiej

Maria i Zeno byli przeuroczą parą mniej więcej w wieku naszych rodziców. Okazało się, że on mówi całkiem nieźle po angielsku, ona gorzej, ale wiele rozumiała, więc spędziliśmy czas na rozmowie. Gdy zapytaliśmy ich później, skąd znają angielski, stwierdzili, że są osłuchani z językiem, bo anglojęzyczne filmy są w Rumunii puszczane w oryginalnej wersji językowej z rumuńskimi napisami. Nie mogli się nadziwić, gdy opowiadaliśmy im o naszych lektorach, którzy cały film czytają jednostajnym głosem. Wracając do Transfăgărășan – nie dość, że Zeno i Maria dowieźli nas na koniec trasy, to jeszcze okazało się, że też zmierzają do Bran, czyli miejsca, w którym stoi legendarny Zamek Draculi, opisywany w powieści Brama Stokera.

Sama Trasa Transfogarska zrobiła na nas ogromne wrażenie. W końcu nie bez kozery przez prowadzących program „Top Gear” została określona najpiękniejszą trasą w Europie. Oprócz oszałamiających widoków i ciekawych wrażeń z samej jazdy po krętych drogach, znaleźć tutaj można kilka atrakcji turystycznych. Pierwszą, którą mijaliśmy po wyruszeniu z Curtea de Argeș były ruiny zamku Draculi w Poienari. Ale nie mylcie go z zamkiem w Bran, o którym pisałam wyżej. Ten drugi zyskał miano Zamku Draculi dlatego, że podobno w swoich opisach wzorował się na nim Bram Stoker. Drugi natomiast naprawdę był niegdyś własnością historycznego Włada Drakuli, zwanego Palownikiem. Ten przydomek zyskał od swego słynnego sposobu odstraszania wrogów, nabijając ich pobratymców na pale. To właśnie ten historyczny hospodar wołoski był inspiracją do stworzenia hrabiego Draculi z powieści. Do zamku Włada w Poienari prowadzi podobno 1400 stopni. My jednak zrezygnowaliśmy ze wspinaczki, bo przed nami była jeszcze długa droga i nie mieliśmy pojęcia, czy zdołamy dojechać stopem do Bran jeszcze tego samego dnia. Jak się później okazało, jeszcze zanim zrobiło się ciemno, podziwialiśmy z bliska zamek w niewielkim, urokliwym Bran.

Zamek Draculi w Poienari, widoczny w oddali na szczycie

Zamek Draculi w Poienari, widoczny w oddali na szczycie

Kawałek dalej na Trasie Transfogarskiej czekała na nas kolejna atrakcja: majestatyczna tama na rzece Ardżesz, tworząca jezioro zaporowe Vidraru. W czasie, gdy ją budowano była najwyższą zaporą wodną w Europie, mierzącą 160 metrów wysokości. Do dziś robi ogromne wrażenie. Podobnie jest z najdłuższym tunelem w Rumunii, który mierzy 884 metry i przejeżdża się przez niego tuż przed wjazdem na szczyt od strony południowej.

Zapora na rzece Ardżesz

Zapora na rzece Ardżesz

Oczywiście każdy, kto znajdzie się na Szosie Transfogarskiej musi przejechać przez jej najwyższy punkt. A tam czeka go prawdziwa uczta dla oczu – widok na północną część trasy. Wiem, że turyści dzielą się na tych, którzy wjeżdżają na trasę od północy i od południa. My należymy do tej drugiej grupy, po części z przypadku, bo właśnie od strony południowej wjechaliśmy do Rumunii. Każdy z tych wyborów ma swoje plusy. Jadąc od północy już od początku trasy podziwiamy widok na jej szczyt, ciągle mając go przed sobą. Z kolei wjazd od południa świetnie buduje napięcie, bo wjeżdżamy w absolutną głuszę, a dojeżdżając do szczytu czeka nas nagroda – wspaniały widok na północną stronę szosy.

Szosa Transfogarska

Na szczycie było przeraźliwie zimno, co prawda nie mieliśmy termometru, ale ośmielam się stwierdzić, że było to może nieco powyżej zera. Po krótkim spacerze przy znajdującym się na górze jeziorze Bâlea poszliśmy do pobliskiego namiotu z ławeczkami na gorącą herbatę, która w minutę zrobiła się zimna, i tradycyjne rumuńskie kiełbaski Mici z mięsa wieprzowo-baraniego.

Mój prywatny Rocky Balboa przy jeziorze Bâlea ;)

W drodze na dół znajduje się kilka punktów widokowych, na których można zaparkować samochód i oddać się kontemplowaniu pięknych widoków. Na nasze szczęście niżej rozpogodziło się i mogliśmy podziwiać jednej z piękniejszych widoków, jakie miałam okazję widzieć w swoim życiu. Wtedy też poczuliśmy jeden minus autostopu – nie można samemu decydować o tym, gdzie i na jak długo chcesz się zatrzymać. Ja mogłabym stać na tych punktach widokowych godzinami, natomiast Zeno zatrzymał się tylko raz w trakcie całego zjazdu z góry i to tylko na kilka minut. Ale plusów podróży autostopem jest jednak zdecydowanie więcej, więc nie narzekam.

Szosa Transfogarska

Po drodze do Bran czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Fogaraș, żeby zwiedzić tamtejszy zamek. Był on niestety zamknięty w poniedziałki, więc przerwę wykorzystaliśmy  na kawę. Właścicielką niewielkiej kawiarni okazała się Polka. To była pierwsza rodaczka, jaką spotkaliśmy podczas naszych wakacji, więc ucieszyliśmy się na to spotkanie. Okazało się, że mieszka tam już 11 lat, wyszła za mąż i prowadzi swój biznes. Nie narzekała na Rumunię, ale stwierdziła dość enigmatycznie, że dobrze się tam mieszka, gdy jest się na swoim.

Transfăgărășan z pewnością nie zapomnimy nigdy, ale o ile mniej uroku miałoby to miejsce, gdyby nie ci wszyscy ludzie, których spotkaliśmy na swojej drodze? Czy jeszcze komuś muszę przypominać, dlaczego uwielbiam autostop? :)

Jedna myśl nt. „Najpiękniejsza trasa w Europie – Szosa Transfogarska

  1. życzliwy

    sugeruję poprawić błędną nazwę ” Trasa Transfogarska” (w tytule jak i w treści) na „Trasa Transfogaraska” – nazwa pochodzi od gór Fogarasze … :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *