Autostopowi bohaterowie – opowieści z drogi

Siedzę na ławce w parku, mijają mnie zakochane pary w czułych objęciach, rodzice z dziećmi, w których oczach maluje się ekscytacja z powodu pobliskiego placu zabaw, właściciele z psami, które uporczywie uciekają im z pola widzenie nie reagując na głośne nawoływania. A ja w tym całym zgiełku rozmyślam o minionych podróżach. I jakoś za każdym razem myśli zawieszają się na ludziach – tych poznanych podczas podróży autostopem, tych, którzy przyjęli mnie pod swój dach i tych, którzy stanęli na mojej drodze w jakichkolwiek innych okolicznościach. To oni sprawiają, że podróże układają się w fascynujące opowieści, a nie są tylko płaskimi obrazkami z odwiedzonych miejsc. Otwartość na podróżników najłatwiej poczuć podczas wypraw autostopem, dlatego to właśnie kierowcom, poznanym dosłownie na drodze, dedykuję ten wpis.

Zielono-żółty Kadett trenera groźnych psów

Stoimy gdzieś na trasie z Poznania do Pragi. Właśnie posiliłyśmy się kanapkami przygotowanymi jeszcze w domu i kabanosami (obowiązkowy prowiant autostopowicza ;)). Nie spieszy nam się, do Pragi nie jest przecież daleko. Mimo to szybko zatrzymuje się auto gotowe służyć nam za środek transportu przez kolejne kilometry – zdezelowany Opel Kadett, rocznik ’91. Podchodzimy do niego z lekkim dystansem. Zastanawiamy się, czy nie rozpadnie się po drodze na kawałki. Zza kierownicy wita nas uśmiechnięty Łukasz i… zielono-żółte wnętrze. To jego eksperymentalny samochód. Przy pomocy poczciwego Kadetta Łukasz próbuje znaleźć magiczną formułę pozwalającą na podróżowanie półdarmo. Mieszał już najróżniejsze płyny, dzięki czemu udało mu się np. przejechać 100 km za 2 złote. W tej chwili jedziemy na mieszance benzyny i przepalonego oleju rzepakowego zdobytego od zaprzyjaźnionej restauracji. Na widok naszych wyrazów twarzy Łukasz zapewnia, że nie mamy się obawiać, nie wybuchniemy. Od razu jednak dzieli się z nami zabawną historią, kiedy przesadził z ilością oleju rzepakowego, a Kadett zaczął intensywnie dymić na biało. Po chwili usłyszał komunikat a radiu – inny kierowca na trasie ostrzegał przed żółtym Oplem Kadettem, który nie dość, że ogranicza widoczność, to jeszcze roztacza woń smażonych frytek.

Autostop do Pragi

Łukasz, oprócz zacięcia chemika, wyróżnia się także wyjątkową duchowością. Od 15 lat oddaje się codziennej medytacji. Na co dzień jest magazynierem w niewielkiej miejscowości, tej samej, w której mieszka. Praca daje mu stabilizację i pieniądze, których, jak twierdzi, nie potrzebuje wiele, by być szczęśliwym. Poza pracą oddaje się swojej pasji, czyli trenowaniu szczególnie groźnych i niepokornych psów. Pytamy, jak daje sobie z nimi radę. „Grunt to pewność siebie i od razu zaznaczenie, kto tu rządzi” – odpowiada. Czasem wymaga to poświęceń, np. wtedy, gdy owczarek niemiecki wgryza mu się w przedramię. Mimo rany, Łukasz walczy i w końcu powala psa na ziemię. Przegrany czuje, że musi ulec. Od tamtego momentu Łukasz jest jedyną osobą, do której pies czuje szacunek i zostaje jego najwierniejszym przyjacielem po dziś dzień.

Zrujnowany biznesmen

Jesteśmy na stacji benzynowej jakieś 20 km przed granicą Polski. Słońce powoli ma się ku zachodowi, a my chcemy znaleźć się w kolejnym aucie zanim jeszcze zrobi się ciemno. Pytamy kierowców dwóch aut, czy zabiorą nas chociaż poza granicę Niemiec. Kierowca samochodu dostawczego, Polak nie przekracza granicy, a młody Litwin nie zabierze nas z obawy, że jesteśmy uchodźcami. Pomijamy fakt, że zupełnie nie wyglądamy na uchodźców oraz że jedziemy nie w tym kierunku, w którym oni zwykle podążają. Na parkingu stoi jeszcze jeden samochód na polskich tablicach. Czekamy cierpliwie aż kierowca wyjdzie z budynku stacji. Witamy dwóch mężczyzn po pięćdziesiątce ubranych w garnitury. Niższy i grubszy od razu zgadza się nas podwieźć, drugi, który prowadzi auto, przez większość drogi milczy. Obaj są wspólnikami i właśnie wracają z ważnego spotkania biznesowego, które może zadecydować o przyszłości ich firmy. Jako, że jedziemy z nimi do samego Poznania, mamy trochę czasu, żeby porozmawiać o biznesie i życiu.

Jak to jest mieć wszystko i w jednej chwili to stracić? Jak to jest każdego dnia walczyć, aby odbić się od dna, jednocześnie zmagając się z jedną z najuciążliwszych chorób naszych czasów – depresją? I w końcu, jakie to uczucie podjąć jedną złą decyzję i z jej skutkami mierzyć się całe lata? To wszystko wie nasz rozmówca – niegdyś właściciel ogromnej fabryki zaopatrującej w złoto, srebro i kamienie szlachetne sklepy w całej Polsce. W pewnym momencie istnienia firmy kruszce zaczynają jednak gwałtownie tanieć, a on, aby uniknąć bankructwa, postanawia wyprzedać wszystkie zasoby fabryki. Oczywiście po znacznie niższych cenach niż w momencie zakupu. Nie przewiduje jednak, że niedługo później ceny złota znów poszybują w górę, a on na swojej wcześniejszej decyzji straci wiele milionów złotych.

W drodze

Jedziemy tak autostradą w niezbyt przyjemnej atmosferze, ale niezwykle ciekawi, jak dalej potoczyło się życie „naszego” biznesmena. Wkrótce po sprzedaży fabryki, postanawia się przebranżowić i zaczyna produkować i sprzedawać biopaliwa. Droga do realizacji tego pomysłu jest długa, bo nowa branża jest mu zupełnie nieznana. Gdy w końcu się wdraża, w Polsce rośnie ogromna konkurencja, gotowa zmieść jego nową firmę z powierzchni ziemi. Na kontrakty z dużymi koncernami typu Orlen czy BP nie ma szans, bo te oferują zapłatę za dostarczony towar dopiero po 3 miesiącach, podczas gdy koszt jego wyprodukowania to wiele milionów złotych.

Niemiecki kontrahent, ze spotkania z którym właśnie wracają, wydaje się poważnie zainteresowany współpracą. Na horyzoncie widać zielone światło, które być może pozwoli firmie odbić się od dna, a naszemu biznesmenowi uporać z dręczącą od wielu lat depresją.

Mistrz olimpijski w ciężarówce

Trasa z Sofii do Belogradczik. Czekamy przy drodze w małej wsi, a naszą uwagę zwraca TIR zaparkowany nieopodal na poboczu. „Może nas zabierze?” – zastanawiamy się. Nie musimy nawet pytać – gdy tylko kierowca zjawia się przy aucie, rzuca w naszą stronę po bułgarsku coś, co brzmi jak zaproszenie do wspólnej podróży. Po chwili znika w przydrożnym sklepiku. Chowamy więc kartkę z nazwą miejscowości i czekamy na naszego kierowcę, choć w gruncie rzeczy nie mamy pewności, czy na pewno chce nas zabrać. Okazuje się, że chce. Mało tego, chce też, żebyśmy poznali jego kraj z pierwszej ręki. Zatrzymujemy się więc kilka razy, żeby kolejno: posmakować prawdziwej owczej i krowiej śmietany (takiej, która po obróceniu słoika do góry dnem nawet nie drgnie), krystalicznie czystej wody źródlanej wprost ze źródełka i świeżych, soczystych malin. Przy okazji poznajemy też historię jego życia…

Autostop w Bułgarii

Za młodu Danczo (bo tak ma na imię) jest utalentowanym bokserem, dzięki czemu udaje mu się stanąć na podium na Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Jako nagrodę otrzymuje samochód osobowy. Niestety wynagrodzenie dla sportowców nie pozwala mu na utrzymanie rodziny. Rzuca więc boks i zaczyna jeździć ciężarówką, a my mamy okazję poznać przez te „kilka” kilometrów Bułgarię oczami sportowca, któremu po sukcesach młodości zostały tylko wspomnienia i spłaszczony nos pamiętający razy otrzymane od przeciwników.

W Tirze

Doktor z kopalni, który zna odpowiedź na pytanie o sens życia

Lądujemy na lotnisku w Dortmund. Wracamy do Polski z wakacji, ale nie mamy biletu na dalszą trasę ani innego zapewnionego środka transportu. Jest za to wczesny ranek, a my mamy sporo energii, żeby na ostatniej prostej do domu spróbować autostopu. Po dłuższych poszukiwaniach miejsca do siedzenia na lotnisku, kreślimy dużymi literami na kartce A4 napis „Berlin” (Poznań zostawiamy sobie na później). Marcin rusza na poszukiwanie dostępu do wifi, dzięki któremu mamy dowiedzieć się, jak wydostać się z lotniska na autostradę. Nagle przy stoliku obok słyszę rozmowę po polsku. Nie zastanawiając się długo, postanawiam zagadać. Elegancki pan w garniturze z uśmiechem na ustach deklaruje, że zawiezie nas na autostradę. Jego towarzysz podbija stawkę obiecując, że dowiezie nas prosto do Poznania, jeśli zaczekamy na niego dwa dni. Wybieramy opcję numer 1.

Przed nami zaledwie ok. trzydziestu kilometrów do pierwszej stacji, ale w tym krótkim czasie udaje nam się nawiązać rozmowę, która na długo zapadnie nam w pamięć. Okazuje się się, że Zbyszek jest właścicielem świetnie prosperującej firmy, która zatrudnia 100 pracowników i dostarcza usługę wydobycia węgla z 4 kopalni w Zagłębiu Ruhry w Niemczech. Firma naszego kierowcy jest liderem i właściwie nie ma konkurencji w wydobyciu węgla w Niemczech. Polakowi udało się osiągnąć taką pozycję w zaledwie 7 lat od przejęcia spółki od Niemca. Ale droga do celu nie była usłana różami.

Będąc młodym chłopakiem Zbyszek zakłada rodzinę i robi na uczelni doktorat. Nie przelewa się im, a z gaży doktoranta trudno jest nawet wyżywić dzieci. Jako że mieszka na Śląsku, rzuca karierę naukową i idzie do pracy w kopalni. Gdy przynosi do domu pierwszą wypłatę górniczą, nie wiedzą z żoną, co zrobić z taką ilością pieniędzy. Górnicy zarabiają dobrze. „Na dole” pracuje aż dzieci nie dorosną. Wtedy też dostaje propozycję pracy w kopalni w Niemczech. Stawka jest kilkukrotnie wyższa, więc nie zastanawia się długo. Wkrótce potem dołącza do niego w Niemczech żona, dzieci zostają w Polsce. Po 4 latach właściciel firmy, która go zatrudnia dochodzi do wniosku, że interes się nie opłaca. Zbyszek jest innego zdania i postanawia odkupić firmę. Od tamtego czasu tak umiejętnie nią zarządza, że dziś nie musi martwić się o przyszłość swoją, swoich dzieci i wnuków. Zupełnie skromnie i naturalnie daje nam przykład swojego statusu (choć w zasadzie samochód, którym właśnie jedziemy też świetnie nam go obrazuje): na 2-3-tygodniowe wakacje w full opcji w dowolne miejsce świata jeździ nawet 4 razy do roku, oprócz tego często pozwala sobie na krótsze wyjazdy z rodziną.

Najbardziej jednak zaskakuje mnie informacja, że na oko pięćdziesięciokilkuletni Zbyszek chce sprzedać firmę i żyć z oszczędności. Spotkanie na lotnisku właśnie tego dotyczyło, jednak ostatecznie potencjalny kupiec się wycofał. Zbyszek, jak sam twierdzi, nie należy do osób, które gonią króliczka do momentu aż w tej pogoni zapominają o przyjemnościach i na łożu śmierci dostrzegają, że mają worek pieniędzy, a życie przeciekło im przez palce. Nie chce tracić więcej czasu i zdrowia na pogoń za pieniędzmi. Doszedł do momentu, gdy ma ich już wystarczająco i nie musi tracić energii na to, by zdobywać ich więcej i więcej. Teraz przyszedł czas na realizację największych marzeń.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała, jak osiąga się taki sukces. Odpowiedź jest nieco zaskakująca. „Duże znaczenie ma tu szczęście. Bycie w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie”. Ale jest jeszcze coś: „Niegasnąca wiara w siebie i w swój pomysł”. Brzmi tak prosto, czyż nie?

Z tej rozmowy wyłania się jeszcze jedna ważna prawda. W odpowiedzi na moje pytanie, co jest w życiu najważniejsze, Zbyszek odpowiada bez wahania: „Zdrowie i miłość. Ale najlepiej, gdy jest to miłość do jednej osoby na całe życie”.

Kierowca TIRa i broń w schowku

Jedziemy z Izmiru do Ankary. Nasz kierowca, którego imienia niestety nie pamiętam, jest przesympatycznym i troskliwym człowiekiem. Ma dzieci w naszym wieku, dlatego martwi się o nas jak o swoje własne potomstwo. Funduje nam też obiad, ale to dopiero po arcyciekawej historii, którą nas raczy. Jako że podróżujemy akurat z naszym kolegą Turkiem, nie mamy problemu z porozumieniem się z nim.

Słuchając opowieści kierowcy, zamieramy w napięciu: Pewnego razu jadąc swoją standardową trasą, zauważa przy drodze „autostopowicza” (jak się okaże człowiek ten tylko podszywa się pod autostopowicza). Ten, siedząc już na miejscu pasażera, proponuje kierowcy zakup drzewek, odsłaniając kilkanaście niewielkich doniczek. Tak zachwala ten gatunek, że „nasz” kierowca decyduje się kupić od niego wszystkie sadzonki. Po jakimś czasie od tej podróży okazuje się, że „autostopowicz” go oszukał, bo rzekome sadzonki były zwykłymi, nieukorzenionymi gałązkami wsadzonymi w ziemię. Wtedy też postanawia, że gdy tylko nadarzy się okazja, zemści się na oszuście.

Autostop w Turcji

Następne kilka lat jeżdżenia tą samą trasą, a oszust nie pojawia się przy drodze. W końcu jednak nastaje szczęśliwy dzień dla „naszego” „tirowca” i zauważa przy drodze znajomą twarz. Oczywiście zaprasza go do auta. Okazuje się, że człowiek nie poznaje swojej ofiary sprzed kilku lat i, co więcej, nie zmienił też swoich przyzwyczajeń i tym razem jawnie go okrada. Wyciąga nóż i nakazuje kierowcy przekazać sobie wszystkie pieniądze, co też ten czyni. Nieostrożny złodziej zajęty jest przeliczaniem pieniędzy, kiedy kierowca wyciąga spod siedzenia broń i przystawia mu do głowy. Bandzior zamiera i zaczyna prosić o wybaczenie. To jednak jest ostatnią rzeczą, którą planuje teraz zrobić kierowca. Uderza go bronią w głowę, szybko wysiada z ciężarówki i wyciąga z niej swojego pasażera. Już na drodze daje mu porządne lanie, broń traktując na szczęście tylko jako straszak.

A my jedziemy i słuchamy tej opowieści z otwartymi ustami. Na zakończenie wymieniamy się tylko znaczącymi spojrzeniami i milkniemy niepewni, czy dobrze w pierwszej chwili odczytaliśmy usposobienie naszego kierowcy. Po chwili z zamyślenia wyrywa nas jego głos: „Jak nie wierzycie, to sami sprawdźcie, broń nadal wożę w schowku”. Wierzyliśmy.

Autostop w Turcji

Na zakończenie

Ten wpis mógłby się nie kończyć, bo mogłabym jeszcze opowiedzieć o dwóch takich, co to zabrali naszą trzyosobową grupę starym, zdezelowanym autem, a na bramkach na tureckiej autostradzie, zakrywszy uprzednio tablice rejestracyjne tekturą, wycisnęli z niego wszystkie moce i przemknęli przez przejazd bez mrugnięcia okiem. Albo o młodym Holendrze, który w drodze do Amsterdamu częstował mnie i moje przyjaciółki amfetaminą i trawką, a którego konkubina (de facto Polka) wyrzuciła z mieszkania, żeby otrzymywać od rządu dodatek dla samotnych matek, w efekcie czego woził w aucie cały dobytek swojego życia (włącznie z wędką podwieszoną pod sufitem). Czy też o młodej kobiecie, która właśnie wracała z punktu pobrania krwi z jeszcze świeżym śladem po igle, wpisując się do rejestru potencjalnych dawców szpiku w fundacji DKMS. Tych ludzi jest mnóstwo i każdy ma swoją historię do opowiedzenia. Nie każdy tak chętnie się zwierza, choć świadomość, że prawdopodobnie nigdy się już nie spotkamy, większości rozwiązuje języki.

Wpis ten dedykuję wszystkim kierowcom, którzy bezinteresownie dzielą się swoim miejscem w aucie. Którzy zapewniają podróżującym bezpieczeństwo i dzielą się swoją historią. Nie jesteście tylko kolejnymi osobami, pojawiającymi się na naszych drogach podczas szalonych eskapad. Tworzycie nasze historie i głęboko zapisujecie się we wspomnieniach. Jesteście naszymi cichymi bohaterami, którzy bez słowa schodzą ze sceny, gdy zatrzaskują się za nami drzwi Waszych samochodów. Ale Wasze role wciąż są odgrywane w naszych głowach. Pamiętajcie o tym.

Autostop w Czechach

O moich autostopowych eskapadach możecie trochę poczytać TUTAJ.

8 myśli nt. „Autostopowi bohaterowie – opowieści z drogi

  1. Marta Lo - Spójrz przez okno

    Z autostopowych przygód najbardziej w pamięć zapadły mi dwie. Pierwsza z bronią w roli głównej… na granicy czesko austriackiej. Kiedy podeszliśmy do samochodu, który udało nam się zatrzymać, na siedzeniu z przodu leżał… pistolet! Kierowca zorientował się po naszych minach, że nie jesteśmy pewni, co zrobić :) Schował broń do schowka i zachęcił nas do wejścia do auta. Co było robić, nie bez obaw wsiedliśmy. Na nasze szczęście okazało się, że facet był… policjantem :)
    Z kolei wracając z Wiednia trafiliśmy do zdezelowanego auta ćpunów… I też było zachęcanie do palenia trawki, gałązka marychy stercząca nad głową kierowcy i oczywiście sam kierowca na kompletnym haju… Do dziś dziękuję losowi, że udało nam się wyjść z tego cało 😉

    Odpowiedz
    • Joanna Dark Autor wpisu

      Niestety i tak może się zdarzyć, ale na szczęście to tylko jakiś niewielki odsetek. A z bronią też było kiedyś zabawnie, jak jechaliśmy z trzema chłopa po jakiejś górskiej ścieżce, gdy nagle drogę przebiegł nam lis. Ci wyskoczyli z auta jak oparzeni, sięgnęli po strzelbę i puścili się biegiem za nim w pościg. Na szczęście go nie dogonili, a my po wszystkim mogliśmy sobie postrzelać do celu 😉

      Odpowiedz
  2. Magda D.

    Podpisuję się obiema rękami! Nie podróżuję tak dużo i często „stopem” – moja średnia to raz na 5 lat 😉 Sądzę jednak, że faktycznie spotkania z ludźmi podczas wojaży dodają smaczku podróżowaniu. A okazja do rozmowy jest zawsze…na targu, na przystanku, w hostelu. Życzę Ci w takim razie wielu ciekawych spotkań z ciekawymi ludźmi podczas ciekawych wypraw i jeszcze więcej takich wpisów (5+) 😀

    Odpowiedz
    • Joanna Dark Autor wpisu

      Dziękuję, Magda! Oczywiście okazja do poznania ciekawych ludzi jest zawsze, wystarczą chęci. Aczkolwiek autostop bardzo to ułatwia. Ja również życzę Ci samych przebojowych wypraw w najpiękniejsze zakątki globu :)

      Odpowiedz
  3. Pompowtrysk

    Przyznam szczerze, że podziwiam Cię za odwagę. Wyprawa autostopem może i wydaje mi się ciekawa, ale też niebezpieczna. Mam znajomego, który kiedyś tak podróżował i „ledwo” taką jedną przygodę przeżył.

    Odpowiedz
    • Joanna Dark Autor wpisu

      Wiesz, myślę, że na tym polega życie, że na 1000 szczęśliwych historii, jedna może skończyć się źle. Nie raz słyszałam, że ktoś ze znajomych został pobity czy okradziony we własnym mieście. Nie przyczepiałabym więc szczególnej etykiety podróżom autostopem. Albo jesteś otwarty i poznajesz ludzi albo się ich boisz i zostajesz w domu. Lęk wynika z nieznajomości czegoś, ale jeśli już raz się spróbuje, to to, co wydawało się takie straszne, staje się zupełnie normalne. Ale dziękuję za słowa uznania :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *