Historia pewnej znajomości – z Turcją w tle

To miał być nocleg na Couchsurfingu jak każdy inny. Choć o tym sposobie podróżowania chyba nigdy nie można tak powiedzieć – żaden nocleg nie jest podobny do innego. Tym razem jednak naprawdę miało być nietypowo…

 

Adana była pierwszym przystankiem na naszej dwutygodniowej podróży na południe i południowy wschód Turcji. Zgodnie z planem mieliśmy potraktować to miasto wyłącznie jako transfer do innych, ciekawszych miejsc. Jako że jechaliśmy grupą 6 osób, to braliśmy pod uwagę podział na dwa mieszkania z Couchsurfingu. Ja byłam odpowiedzialna za znalezienie miejsca dla mojej 3-osobowej grupy, a Zane dla swojej. Tak się jednak złożyło, że skontaktowałyśmy się z tym samym hostem (gospodarzem). Buğra, bo tak miał na imię, postanowił wygospodarować w swoim mieszkaniu tyle miejsca, żebyśmy mogli zostać u niego wszyscy razem.

 

Jechaliśmy jak zwykle autostopem, kierowca wysadził nas na obrzeżach miasta i to właśnie tam spotkaliśmy się z Buğrą. Wynajmowane przez niego mieszkanie było bardzo zadbane, nigdy nie widziałam tak czystego męskiego lokum. Tego dnia byliśmy zmęczeni i postanowiliśmy zostać w domu i po prostu porozmawiać z naszym gospodarzem. Okazał się normalnym, rozmownym i wesołym chłopakiem, z którym od razu znaleźliśmy wspólny język. W dodatku miał dziewczynę Polkę i prawdziwego Fiata 126P! Zdradziliśmy mu swoje plany, które zakładały, że ruszamy dalej na wschód nazajutrz z samego rana, choć Buğra przekonywał, że w Adanie jest wiele miejsc wartych zobaczenia. Na drugi dzień wstaliśmy rano, spakowaliśmy się i napisaliśmy dla naszego gospodarza pożegnalny liścik. Spojrzeliśmy po sobie i zobaczyliśmy, że nikomu z nas nie spieszy się jednak do wyjścia. Postanowiliśmy, że zostajemy!

Adana

Tej nocy spaliśmy krótko, a Buğra prosił, żebyśmy rano dali mu się wyspać. Tym większy mieliśmy dylemat, gdy chcieliśmy dowiedzieć się od niego, co powinniśmy zobaczyć w Adanie. Zostałam wytypowana, żeby go obudzić i poprosić o wskazówki. Buğra otworzył jedno oko i zaczął kreślić ołówkiem mapkę. Po 10 minutach tłumaczenia, gdzie musimy iść, stwierdził, że i tak się rozbudził i pójdzie z nami. Bardzo się ucieszyliśmy – lokalny przewodnik zawsze w cenie.

 

To był wspaniały dzień: niespiesznie przemierzaliśmy ulice Adany, poznając jej najurokliwsze zakamarki, smakując najpyszniejszy „Adana kebab” i chłonąc atmosferę tego pełnego studentów miasta. Wieczorem jeszcze lepiej mieliśmy poznać uroki życia studenckiego w Adanie, idąc na imprezę do akademików Çukurova Üniversitesi. Takiego kampusu jeszcze na oczy nie widziałam! Rozległy teren położony nad pięknym jeziorem zaporowym Seyhan i mnóstwo zieleni. Tego wieczoru całości dopełniły śpiewy przy akompaniamencie gitary z grupą „Erasmusów” z Włoch. I stało się – zakochaliśmy się w Adanie! A do tego polubiliśmy Buğrę jak nikogo innego.

Widok z kampusu Çukurova Üniversitesi

Kampus Çukurova Üniversitesi

Czas jednak było ruszać dalej – do Gaziantep. I kiedy już wydawało się, że pewnie nie zobaczymy więcej tego przemiłego chłopaka, to miał być dopiero początek naszej wspólnej przygody. Później potoczyło się lawinowo: Buğra dołączył do nas w Gaziantep (zresztą tam mieszkała jego rodzina), zabierając nas w miejsce, gdzie zjedliśmy najsmaczniejszą na świecie baklavę! Sami pojechaliśmy już do Sanliurfy, ale w drodze powrotnej nie mogliśmy nie zatrzymać się znowu w  Adanie. Buğra znowu zabrał nas na kampus uniwersytecki, ale tym razem dołączyliśmy tam do kilku setek studentów, którzy nie kryjąc emocji oglądali wspólnie na wielkim ekranie mecz dwóch tureckich drużyn piłkarskich: Beşiktaş i Galatasaray. My kibicowaliśmy Beşiktaşowi – ukochanej drużynie Buğry. Mimo, że przegraliśmy, a nasz host przez cały mecz klął na czym świat stoi, to już chwilę po meczu wędrowaliśmy wesoło na kolację na pysznego tavuk duruma i tradycyjny deser z Adany – bici bici. Tam też spotkaliśmy się z naszym kolegą – studentem z Ankary, który pochodzi właśnie z Adany. Chociaż bici bici to chyba jedyny deser, o którym możemy powiedzieć, że jest niedobry, to i tak bawiliśmy się fantastycznie! Wieczór zakończył się śmiechami do 5 nad ranem w mieszkaniu Buğry.

Bici bici - typowy deser z Adany

Bici bici – typowy deser z Adany

Ten dzień zbliżył nas jeszcze bardziej, toteż naturalnym było zaproszenie Buğry na dalszą część naszej wyprawy. Kolejnym punktem miała być niewielka nadmorska miejscowość – Kızkalesi, by w końcu dołączyć do naszych znajomych na wypad integracyjny zorganizowany przez ESN (European Student Network) w Manavgat, kurorcie położonym blisko znanym wielu Polakom Antalyi i Alanyi. Buğra nie mógł do nas dołączyć z dwóch powodów – nauka do egzaminu i brak funduszy. O ile w pierwszym nie chcieliśmy przeszkadzać, to druga kwestia nie była dla nas problemem. Zaproponowaliśmy, by pouczył się, kiedy my będziemy w Kızkalesi, a na dalszą drogę pożyczymy mu pieniądze. Po dłuższych namowach zgodził się i już po kilku dniach jechaliśmy 10 godzin po krętych drogach wybrzeża, by spędzić razem kolejne kilka dni, podczas których spędziliśmy niesamowity czas, np. biorąc udział w ekstremalnym raftingu.

Wybrzeże Turcji

Nie myślcie jednak, że to koniec. Z Manavgat Buğra przyjechał z nami do Ankary. „What the fuck am I doing in Ankara?!” („Co ja do cholery robię w Ankarze?!”) – zastanawiał się głośno, gdy wysiedliśmy z autokaru 😉 Kilka dni studenckiego życia w stolicy i już chcieliśmy ruszać dalej. Tym razem już tylko ja, on i Zane pojechaliśmy na wybrzeże Morza Czarnego do Buğry przyjaciela, Murata. 3 dni u tego artysty malarza to czas, który wspominam z wielkim sentymentem. To właśnie w Amasrze Buğra pierwszy raz nazwał mnie „mamuśką”, jako że wyszła ze mnie natura pouczającej starszej koleżanki (tak, jestem od Bugry starsza o cały rok ;)). I tak już zostałam „mamą”.

Obraz, który namalowałam razem z Muratem w Amasrze

Obraz, który namalowałam razem z Muratem w Amasrze

Niecałe 2 tygodnie po powrocie planowaliśmy z Kingą (moją niezawodną towarzyszką podróży autostopowych) kolejną wyprawę – tym razem na daleki wschód Turcji, w region Kurdystanu. Pewnie nie zdziwi Was, że 2 z 3 tygodni podróży spędziliśmy również z Buğrą?

 

Spotkaliśmy się w Diyarbakir (zwanym stolicą Kurdystanu), aby przejechać jeszcze „kilka” kilometrów autostopem i wejść razem na górę Nemrut z tajemniczymi kamiennymi głowami. Wyprawę zakończyliśmy oczywiście w… Adanie! I mimo, że większość z naszej bandy (ja, Kinga, Słowak Ondrej i Buğra) nie miała już grosza przy duszy, a do końca mojego pobytu w Turcji pozostało nieco ponad tydzień, to udało nam się jeszcze polecieć na Cypr! To było niezapomnianych 5 dni, które spędziliśmy zwiedzając miasta północnej części wyspy i wylegując się na plaży. To tam pierwszy (i póki co ostatni raz w życiu) byłam w prawdziwym kasynie, gdzie skutecznie pomogłam Ondrejowi (jako jedynemu, który wciąż dysponował gotówką) stracić 200 lirów 😀

Nemrut

Góra Nemrut

Adana nocą

Adana nocą

Cypr Północny

Cypr Północny

Powrót do Adany był trudny, mieliśmy w końcu pożegnać się z Buğrą, z którym zżyliśmy się jak z bratem (a w moim przypadku chyba bardziej jak matka z synem ;)). Pamiętam jak dziś ten moment, gdy odprowadzał mnie na autobus do Ankary (jechałam sama, bo za kilka dni miałam wylatywać do Polski, a reszta ekipy została jeszcze jeden dzień dłużej). Spieszyliśmy się, a do autobusu, w którym jedynym wolnym miejscem było to obok otyłej Turczynki z dzieckiem na kolanach, wsiadłam w ostatnim momencie przed odjazdem. Nie mieliśmy nawet czasu, żeby porządnie się pożegnać. Spojrzałam tylko w okno, za którym stał mój turecki przyjaciel, a na jego twarzy malował się niewysłowiony smutek. Odjechałam i w tej samej chwili łzy napłynęły mi do oczu. Zostawiałam za sobą momenty, które już nie wrócą. Po chwili  podeszła do mnie obsługa autobusu, pytając z troską, czy wszystko w porządku. Nie rozumieli, że płaczę nie dlatego, że siedzę na fotelu tylko jednym półdupkiem, ale dlatego, że właśnie dobiega końca jedna z największych przygód w moim dotychczasowym życiu. Chwilę później zadzwonił telefon: „To nie było pożegnanie” – usłyszałam głos w słuchawce. „Przyjadę jeszcze do Ankary. Obiecuję.” Obietnicy dotrzymał. 3 dni później razem z Buğrą i ekipą z Erasmusa śmialiśmy się znowu na mojej imprezie pożegnalnej, na którą dotarł nawet Murat!

 

Obaj odwieźli mnie następnego dnia na lotnisko, gdzie spotkaliśmy się z jeszcze kilkoma osobami z Erasmusa. Byłam już spokojniejsza, cieszyłam się powrotem do domu, do najbliższych. Czułam też pod skórą, że to nie ostatni raz, gdy widzę Buğrę. I nie myliłam się!

 

W tamtym, 2012 roku spotkaliśmy się jeszcze 2 razy. I to w Polsce! Ostatni raz, gdy widzieliśmy się na żywo, Buğra wyjeżdżał autostopem z Piły z naszą wspólną koleżanką z Erasmusa – Kasią i plecakiem po brzegi wypchanym częściami do swojego uziemionego w Turcji „Malucha”. Od tamtego dnia minęły około 4 lata. W życiu nas obojga wiele się zmieniało, ale żadnemu z nas nie było nigdy po drodze w odwiedziny. Buğra miał niezłą wymówkę – konieczność ubiegania się o wizę. U mnie też znajdowało się zawsze kilka powodów przeciwko podróży do Turcji. W tym czasie kontakt mieliśmy różny – czasem mniej, a innym razem bardziej intensywny. Momentem przełomowym była pewna kwietniowa noc 2015 roku. Rozmawialiśmy przez telefon. Usłyszałam wtedy od Buğry: „Jak ostatnio rozmawialiśmy [w grudniu 2014 roku], to zapytałem Cię, czy przyjedziesz do Turcji. Odpowiedziałaś, że nie, bo na świecie jest tyle ciekawych miejsc do odwiedzenia, że nie chcesz wracać dwa razy w te same miejsca.” Tak, naprawdę tak powiedziałam. Mając ograniczony budżet zawsze musiałam stawać przed wyborem – ukojenie tęsknoty czy chęć poznawania nowych miejsc. Wybierałam zawsze to drugie. Ale po słowach, które usłyszałam wtedy w słuchawce, poczułam ogromny wstyd. Buğra był mi bardzo bliski, a do Turcji mam szczególny stosunek. Tęskniłam wielokrotnie za tym, co zostawiłam po spędzonym tam semestrze, a mimo to zawsze pozwalałam sobie na zanurzanie się w tej melancholii.

 

Buğra, tej samej, kwietniowej nocy powiedział jeszcze: „Widziałem wiele krajów: Litwę, Łotwę, Ukrainę, Białoruś, Bułgarię, Rumunię, Irak, Iran i inne, ale najpiękniejszym czasem były dla mnie podróże z Wami po Turcji i Cyprze. Nigdy tego nie zapomnę. Zmieniłaś moje życie. Dzięki Tobie wiem, co jest ważne. Poznałem prawdziwą przyjaźń.” Myślę, że nie co dzień słyszymy o sobie, że zmieniliśmy czyjeś życie. Dobrze więc zapamiętałam ten moment. Coś się wtedy we mnie zmieniło. Wiedziałam już, że pojadę do Turcji – nie kiedyś, nie za kilka lat, ale przy najbliższej okazji.

 

Mimo silnych postanowień, przez następne miesiące kontakt mieliśmy sporadyczny, a nawet można powiedzieć, że znikomy. Wymieniliśmy kilka krótkich maili, aż w końcu w grudniu, Buğra jak gdyby nigdy nic oznajmił, że kupił bilet do Polski na 1 lipca i czeka na wizę. Uznałam, że tylko się ze mną droczy i zostawiłam temat. Kolejne miesiące mijały, aż gdzieś w okolicach maja przypomniałam sobie o rzekomych odwiedzinach. Sęk w tym, że nie były rzekome. Buğra już dzisiaj będzie w Polsce! 1 lipca. Koniec końców tym razem to nie ja pojadę do Turcji, ale to Turcja przyjeżdża do mnie. Odnoszę jednak wrażenie, że to jeszcze nie koniec tej historii…

 

…to be continued… 😉

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *