Reset mózgu, czyli weekend w kajaku

Zaproszenie na spływ kajakowy organizowany przez Sekcję Turystyki Kwalifikowanej AZS Uniwersytetu Ekonomicznego dostałam, jak to zwykle bywa w dzisiejszych czasach, na Facebooku. Od razu spodobał mi się ten pomysł, bo kajaki to fajny sport i od dłuższego czasu obiecywałam sobie, że jak tylko nadarzy się okazja, to wezmę udział w spływie. Na ostatnim byłam aż 10 lat temu!

Ja na spływie kajakowym - 10 lat temu!

Ja na spływie kajakowym – 10 lat temu!

W maju tego roku wzięłam też udział z moimi dziewczynami w Kajakowej Masie Krytycznej. Dla niezorientowanych, to 20-kilometrowy spływ dużej grupy kajakarzy, w którym w tym roku wzięło udział aż 430 osób! Spływaliśmy z pięknego Puszczykowa do Poznania w pobliże Ostrowa Tumskiego, co dawało odcinek 20 km. Wrześniowy spływ miał liczyć 42 km i trwać 2 dni. Od razu pomyślałam, że to moja szansa na powtórkę z rozrywki. Niestety i Marcin i moje wierne kajakarki nie mogli w ten weekend mi towarzyszyć, więc wszystko wskazywało na to, że obejdę się smakiem.

Kajakowa Masa Krytyczna 2016 na Warcie

Kajakowa Masa Krytyczna 2016 na Warcie

W końcu nadszedł tydzień, w którym miał odbyć się spływ. Chyba pierwszy raz podczas tych wakacji nie miałam jeszcze planów na nadchodzący weekend. Najpierw postanowiłam nie szukać rozrywki na siłę, ale gdy tylko dowiedziałam się, że pogoda ma wyjątkowo dopisać, to coraz bardziej chodził mi po głowie jakiś wypad za miasto. I jak to często bywa, gdy intensywnie o czymś myślimy, samo to do mnie przyszło. Kasia, moja kompanka z Kajakowej Masy Krytycznej porzuciła swoje plany i postanowiła pojechać ze mną na spływ! W ostatniej chwili dopisałyśmy się do listy i już 4 dni później siedziałyśmy razem w kajaku…

Damy radę? Pewnie, że TAK!

Weekend zapowiadał się obiecująco – 2 dni spędzone w otoczeniu natury Borów Tucholskich, na wodach rzeki Brdy, w dodatku na mało do tej pory eksplorowanych przeze mnie Kaszubach. Do tego wszystkiego prognozy pogody zapowiadały się obiecująco – 27 stopni! Przez chwilę jednak zastanawiałyśmy się z Kasią, czy damy radę przepłynąć 42 km. Te obawy spowodowane były jedynym punktem odniesienia, jaki miałyśmy, czyli Kajakową Masą Krytyczną. Spływu sprzed 10 lat nie biorę pod uwagę, jeśli chodzi o względy fizyczne, bo wtedy zdecydowanie bardziej na tym polu wykazywał się Marcin, podczas gdy ja wyciągnięta na przodzie łapałam promienie słońca (co doskonale prezentuje zdjęcie wyżej). Na Masie Krytycznej też bawiłyśmy się przednio, zwłaszcza, że pierwsze 10 km prawie nie wiosłowałyśmy, podziwiałyśmy naturę, jadłyśmy słodycze i owoce i plotkowałyśmy (znowu typowe baby :P). Zostałyśmy wtedy zwodowane jako jedne z pierwszych, więc nigdzie nam się nie spieszyło. Presję poczułyśmy dopiero, gdy łódź zamykająca stawkę oznajmiła nam, że do mety zostało jeszcze 10 km, a my jesteśmy ostatnie. Od tego momentu musiałyśmy utrzymywać tempo motorówki za nami, w związku z czym wiosłowałyśmy BARDZO INTENSYWNIE NON STOP! Pod koniec nie czułyśmy przedramion, ramion, nadgarstków, a nawet palców, a zakwasy utrzymywały nam się przez kolejny tydzień. Tym razem jednak miało być inaczej, bo byłyśmy mądrzejsze o majowe doświadczenie. Utwierdziłyśmy się więc nawzajem w przekonaniu, że DAMY RADĘ.

Dwie dziewczyny w kajaku? Jesteście pewne?

Pewni naszych umiejętności przetrwania w kajaku nie byli natomiast inni uczestnicy spływu. Tuż przed wodowaniem organizatorka, Kasia 2 razy upewniała się, czy sobie poradzimy. Na 24 kajaki nasz był jednym z dwóch, w którym siedziały dwie dziewczyny. Dodatkowo nie wyglądamy z moją Kasią jak osoby, które lubią przypakować, więc obawy o nasze siły mogły być uzasadnione. Postanowiłyśmy jednak nie ulegać presji i podczas, gdy część grupy dobierała się w pary damsko-męskie, my strzelałyśmy sobie ostatnie selfie przed zejściem na wodę (nie wyszło ładne, więc Wam nie pokażę ;)).

Początek nie był zbyt fortunny. Nasz kajak ledwo dotknął wody, a Kasia już wylądowała w zimnej rzece. A wraz z nią wszystko, co włożyłyśmy do kajaka. O dziwo – wszystko oprócz mnie… Pomoc w wodowaniu zaoferował Sebastian, który zsunął kajak po dość stromej skarpie. Mimo że tak samo wcześniej zjechała Marta z Bartkiem, to nasz kajak musiał trafić na jakiś złośliwy korzeń czy inną nierówność i zanim spłynął na wodę zdążył jeszcze po drodze przechylić się i wypluć siedzącą z przodu Kasię. Mi udało się utrzymać na tylnym siedzeniu, dzięki czemu niesforna maszyna nie obróciła się do góry dnem. Ten incydent nie pomógł nam zbudować w oczach innych uczestników wizerunku silnej drużyny, ale przecież nie o to chodziło, więc postanowiłyśmy się tym nie przejmować i płynąć przed siebie z nadzieją, że to pierwsze i ostatnie pływanie w tej rzece wbrew naszej woli. Niestety, stało się inaczej…

Dzień 1. Rytel – Brda – Woziwoda – 19 km

Już po kilkuset metrach od startu zorientowałyśmy się z Kasią, że Brda zaserwuje nam zgoła inne doznania niż Warta kilka miesięcy temu. Rzeka na tym odcinku jest wąska, a nurt miejscami stosunkowo szybki. Zaskoczyła nas liczba powalonych do wody drzew i wystających ponad taflę konarów. W tym momencie wiedziałyśmy, że będziemy musiały być czujne, nie poddając się zbytnio nurtowi. Mimo raz po raz pojawiających się przeszkód, nie było jednak miejsc, które stwarzałyby szczególne trudności podczas przepłynięcia, a my znajdowałyśmy momenty, aby odłożyć wiosła i pokontemplować piękno okolicy. A było co podziwiać! Przez całą drogę krajobraz dawał popisy swoich możliwości. Przy brzegu wyrastały wysokie skarpy, na których piętrzyły się dostojnie sosny, to znów za chwilę teren opadał, by odsłonić otaczające łąki. Zdecydowanie więcej jednak było miejsc otoczonych drzewami. Nic dziwnego, że czułyśmy się z Kasią, jakbyśmy pływały po amazońskiej dziczy.

Spływ kajakowy rzeką Brdą

Spływ kajakowy rzeką Brdą

Spływ kajakowy rzeką Brdą

Po pierwszej połowie odczuwałyśmy już delikatne zmęczenie i łapałyśmy się na tym, że wypatrujemy pierwszego przystanku – miejscowości o nazwie takiej samej jak rzeka – Brda. Na tych, którzy zapomnieli spakować jedzenia lub mieli ochotę na coś ciepłego, czekał bar. Reszta wyciągnęła kanapki, kabanosy, pomidory i inne atrybuty kajakarza. Z nowymi siłami wypłynęłyśmy znów na Brdę. Rzeka w tym miejscu jest spokojniejsza, a i otoczenie przybiera zupełnie inne formy. Brzeg jest też mniej zalesiony, co pozwoliło nam powygrzewać się w słońcu i nasycić oczy zielenią otaczających nas pól.

Dzień zakończyliśmy w Woziwodzie – dobrze przygotowanym polu biwakowym z prysznicami, toaletami, barem z jedzeniem i napojami  i świetnym, kamiennym miejscem na ognisko. Jako, że był to wyjazd zorganizowany, to nasze namioty i większe bagaże czekały na nas już na polu. Dwie osoby z naszej grupy zabrały również gitary, dzięki czemu wieczór upłynął w iście harcerskiej atmosferze. Nic tak nie cieszy z wieczora jak wycie do księżyca znanych polskich utworów biwakowych!

Dzień 2. Woziwoda – Gołąbek – Rudzki most – 20 km

Pobudka z rana była nadzwyczaj przyjemna. Miły chłód, rosa na trawie i dość gęsta mgła sprawiły, że ranek był rześki, ale nie zimny. Ubrałyśmy się cieplej i wskoczyłyśmy do kajaka. Za Woziwodą rzeka znacznie się rozszerza. Dominuje płaski krajobraz, a przeszkód na wodzie jest zaskakująco mało. Pierwsza część spływania minęła więc tego dnia nadzwyczaj spokojnie. Ale jakże jeszcze zaskoczyła nas Brda tego dnia! Tuż za Gołąbkiem, miejscowością, w której zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek i jedzenie, nurt gwałtownie przyspiesza. Powalone drzewa, a także wyrastające z wody głazy, tym razem solidnie zagrały nam na nosie. Nad ominięciem niektórych przeszkód nieźle trzeba się było nagłowić, co nie było łatwe, gdy kajak znoszony był czasem wbrew naszej woli tam, gdzie zechciał nurt. Wkładałyśmy więc znacznie więcej siły w wiosłowanie, a jednocześnie ostrożniej podchodziłyśmy do mijanych przeszkód.

„Oho,” myślicie sobie, „pewnie zaraz będzie o tym, jak znowu pływają w odmętach Brdy.” Nie mylicie się.

Spływ kajakowy rzeką Brdą

Przed nami 3 niebezpieczne miejsca. Pierwszą solidną przeszkodę zasygnalizował korek utworzony przez kilka kajaków. Dwa mocno wystające ponad taflę, zalegające na całej szerokości rzeki pnie skutecznie uniemożliwiały przepłynięcie. Część kajakarzy zdecydowała się przepchnąć kajak środkiem, co spowodowało zawiśnięcie na przeszkodzie w jego centralnym punkcie. Zatrzymałyśmy się kawałek wcześniej, żeby obmyślić strategię. Podpatrzyłyśmy, jak ktoś przed nami dopłynął do brzegu i lądem ominął problematyczny odcinek. Poszłyśmy w jego ślady. Gdy dopłynęłyśmy do brzegu, musiałyśmy wyskoczyć z kajaka, żeby wnieść go na ziemię. Najpierw siedząca z przodu Kasia, a ja w tym czasie uważałam, żeby nikt w nas nie wpłynął. Po chwili poczułam jak nasz kajak przechyla się mocno w lewo i jest blisko tego, żeby wyrzucić mnie z siedziska. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że to Kasia uczepiła się kurczowo rantu naszej „skorupki” i zanurzona po pachy wydusiła z siebie, że nie ma gruntu. Mimo, że widziałyśmy dno i wyczuwałyśmy je też wiosłami, to akurat tam, gdzie wskoczyła Kasia, znajdowało się obniżenie dna. Na szczęście krok dalej było już płytko, więc Kasi udało się opanować i stanąć pewnie na nogach. To uzmysłowiło nam, że rzeka potrafi być nieprzewidywalna i nic nie można tutaj brać za pewnik.

Drugie niebezpieczeństwo czaiło się kawałek dalej. Silny nurt spychał na powalone przy brzegu drzewa. Już z dystansu zauważyłyśmy, że ktoś jest w wodzie. Po dopłynięciu bliżej okazało się, że to dwójka chłopaków z naszej grupy przewróciła się z kajakiem. Teraz jeden z nich stał na powalonych konarach, a drugi walczył z silnym nurtem. Nas zniosło na konar kawałek dalej. Przystanęłyśmy. Chłopaka w wodzie prąd zwalił z nóg, ale już za chwilę stanął o własnych siłach i widać było, że opanowali sytuację. Kiedy dopłynęły do nich kolejne kajaki, my z Kasią odbiłyśmy w dalszą drogę. Najwyraźniej zrobiłyśmy to w odpowiednim momencie, bo kawałek dalej nasza obecność okazała się pomocna dla innej pary „rozbitków”…

Spływ kajakowy rzeką Brdą

Trzecią trudność stanowiło kilka zwalonych drzew tarasujących środek rzeki. Nauczone poprzednimi doświadczeniami zatrzymałyśmy się trochę wcześniej, żeby dokładniej przyjrzeć się przeciwnikowi i obmyślić taktykę ataku. Na tym odcinku wmieszałyśmy się w inną niż nasza grupę kajakarzy. Dziecko płynące przed nami z tatą wpadło w głośny płacz. Już sam widok tej przeszkody je przeraził. Ktoś przed nami postanowił przenieść kajak brzegiem. My z Kasią jednak zdecydowałyśmy się spróbować ją ominąć, manewrując wąskimi przesmykami pomiędzy gałęziami. Miotane na zakrętach, minęłyśmy pierwsze konary. Zatrzymałyśmy się na jednym z nich, żeby ustalić strategię na kolejne metry. W tym momencie za nami zaczęła się rozgrywać prawdziwa walka o kajak. Jedna z par wpadła do rzeki, a ich kajak przewrócił się do góry dnem. Silny nurt znosił ich na kolejne przeszkody. Po chwili nieszczęsna skorupa i jej pasażerowie przepływali już obok nas. Na nic zdały się kolejne próby przekręcenia kajaka, którego mocno trzymała się kobieta za burtą. Korzystając, że byli blisko nas, poleciłyśmy jej chwycić się naszego wiosła i podpłynąć do nas. Gdy już chwyciła się naszej łajby, ruszyłyśmy na ratunek jej towarzyszowi, który wciąż próbował odwrócić kajak. Z rozbitkiem przy boku nie mogłyśmy jednak płynąć, a poza tym nie było to bezpieczne ze względu na liczne wystające kłody. Poleciłyśmy więc kobiecie, żeby weszła do naszego kajaka. Udało się to dopiero, gdy ja z Kasią mocno przytrzymałyśmy się wystającego z wody drzewa, a pani za burtą wspięła się na pień i z niego wskoczyła do nas. Choć kajak mocno zanurzył się w wodzie, to udało nam się odbić od drzewa i ruszyłyśmy w kierunku jej towarzysza. Byli z nim już inni członkowie ekipy. Kobieta dołączyła do swojej grupy, a na pożegnanie każdej z nas podarowała całusa w policzek i podziękowała za pomoc. Na odchodne rzuciła jeszcze: „Nazywam się Justyna Jakośtam. Znajdźcie mnie na Facebooku!”. Zdążyłam tylko odpowiedzieć, że najważniejsze, że wszystko skończyło się dobrze, a w pamięci zostaną wspomnienia. Panią Justynę widziałyśmy jeszcze raz, całą i zdrową, przez okno autobusu, gdy opuszczaliśmy Rudzki Most.

Kajakowy happy end

Mimo ostatnich trudności (a może właśnie dzięki nim) weekend w kajaku pozwolił mi wypocząć jak nigdy. Przede wszystkim – psychicznie. Moja przyjaciółka powiedziała mi niedawno, że warto zrobić sobie od czasu do czasu reset mózgu. Na co dzień nie jest to zbyt łatwe, gdy docierają do niego tysiące bodźców, a myśli kłębią się jakby szaleju się napiły. Wśród natury, z dala od obowiązków, zasięgu telefonicznego lub zupełnie bez telefonu, gdy jedynym zmartwieniem jest, jak ominąć najbliższą przeszkodę, życie wydaje się łatwiejsze.

Może to nic nadzwyczajnego, ale cudowna jest możliwość obcowania z mieszkańcami lasu. Mijałyśmy się na przykład z łabędziami, a para z kajaka przed nami pochwaliła się, że mogli obserwować sarenki, które 4 metry od nich piły wodę z rzeki.

Ogromną frajdę miałyśmy, kiedy przez dobre kilkaset metrów z gałązki na gałązkę przelatywał obok nas zimorodek! Pierwszy raz widziałam tego cudnie upierzonego ptaszka. Już po powrocie do domu doczytałam, że zimorodki zamieszkują w pobliżu czystych akwenów wodnych, gdzie występują duże skupiska ryb. Czego więc więcej oczekiwać – czysta woda, piękna okolica i totalny reset mózgu. Brdo, zaskoczyłaś mnie pozytywnie – wpadnę cię jeszcze kiedyś odwiedzić!

Znacie jakieś miejsca nadające się na spływ kajakowy? Co polecacie?

5 myśli nt. „Reset mózgu, czyli weekend w kajaku

  1. Natalia

    Piekne widoki, piekna pogoda, cisza i przyroda.. Kazdemu przydaje sie taki ”reset mozgu”. Mam nadzieje, ze na kolejny splyw wybiore sie z Wami.

    Odpowiedz
  2. Pingback: Czy jestem w miejscu, w którym chcę być? |

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *