Rzym – na początek epilog

Stoimy na płycie lotniska, tłum rozchodzi się w dwie strony – połowa do przedniego, połowa do tylnego wejścia do samolotu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że my z Marcinem też się rozdzielamy. Ja ląduję na siedzeniu w rzędzie 9, on 29. Jeszcze ostatni całus, życzenie udanej podróży i wsiadamy. Czuję się nieswojo. „Not good, not good” – powiedział właściciel hotelu, w którym nocowaliśmy, gdy drukował nasze karty pokładowe i zobaczył, że linie lotnicze automatycznie przydzieliły nam siedzenia oddalone od siebie o 20 rzędów. Roześmiał się jednak przy tym, a my mu zawtórowaliśmy: „Wystarczy, że tutaj spędziliśmy ze sobą non stop 4 dni!”. Teraz jednak czuję się odrobinę „not good”.

 

Mimo, że jestem raczej optymistką i zazwyczaj widzę jasne strony zdarzeń, to mam dziwną przypadłość – wyobraźnia często podsuwa mi dramatyczne obrazy. Teraz widzę jak samolot rozpada się w powietrzu na dwa kawałki (chyba za dużo naoglądałam się serialu „Lost”…), a my z Marcinem nie możemy się odnaleźć, dryfując w kamizelkach ratunkowych po Adriantyku. Potrząsam głową chcąc wypędzić tę dziwną myśl z głowy. Przecież nie raz każde z nas latało same i nigdy nie miałam obaw. Skarciłam w myślach samą siebie, że wyobrażam sobie takie bzdury.

 

Siedzę obok pary młodych Polaków, których pamiętam z lotu w drugą stronę. Wspominają włoskie jedzenie, ale dziewczyna szybko wyznaje, że marzy już tylko o jakimś polskim daniu. Za 2 godziny będzie mogła spełnić swoje marzenie. Mi natomiast marzy się jeszcze raz spróbować aromatycznej cappuccino, chrupiącej pizzy a taglia czy tych nieziemskich lodów przyrządzonych w znajdującym się za szybą lodziarni „laboratorium”.

Lody włoskie

Mamy ok. 10 minut opóźnienia, w samolocie panuje gwar rozmów, gdy stewardessa nadaje przez głośnik komunikat – najpierw po angielsku, później po włosku: „Szanowni Państwo, w samolocie jest overbooking. Poszukujemy osoby chętnej na pozostanie w Rzymie kolejny dzień lub dwa. Linie lotnicze zapewnią podróżnemu hotel, opłacą lot powrotny i zwrócą 250 euro za ten lot. Czy jest ktoś chętny?”. [Overboking jest wtedy, gdy przez pomyłkę lub celowo sprzedano więcej biletów niż dostępnych miejsc w samolocie.] Pasażerowie, zanurzeni w rozmowach, zdają się nie zwracać uwagi na słowa stewardessy. Ta wymienia spojrzenia z koleżanką i po chwili powtarza jeszcze raz to samo, tym razem wolniej i wyraźniej. Pasażerka po mojej lewej wyznaje chłopakowi, że nie do końca rozumie, o co chodzi. Wyrywam się niepytana i tłumaczę im, co właśnie ogłoszono, gdy moja wyobraźnia zaczyna pracować na wysokich obrotach, tym razem prezentując wyłącznie miłe wizje. Widzę siebie z Marcinem w jednej z włoskich kawiarenek, popijających wino i zagryzających bruschettę. Po południu, w promieniach słońca spacerujemy po urokliwych uliczkach Zatybrza, na zobaczenie którego nie starczyło nam czasu od środy do niedzieli. Już nawet zastanawiam się, jak wytłumaczyłabym dodatkowy dzień wolnego mojej szefowej, która jutro spodziewa się mnie w pracy.

Restauracja w Rzymie

Kończę tłumaczenie dodając: „niestety szukają tylko jednego chętnego” i moja wizja pryska, bo przecież nie zostałabym sama, bez Marcina. Wychylam jednak głowę między siedzeniami, chcąc chociaż nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Wiem, że napotkałabym to samo, pełne żalu spojrzenie mówiące: „dlaczego nie dwie osoby?”. Para obok, mimo że stęskniona za polską kuchnią, reaguje dokładnie tak samo: „szkoda, że nie szukają dwójki, od razu byśmy zostali”.

 

Stewardessy podejmują trzecią próbę, nadając komunikat po polsku. Po samolocie przebiega szmer, pasażerowie rozglądają się wkoło wypatrując szczęśliwca, który jest na tyle niezależny, by móc podjąć decyzję o pozostaniu w Wiecznym Mieście. W końcu wstaje – młoda dziewczyna w długich, kręconych włosach, z mini-łapaczami jako kolczykami. Z uśmiechem na ustach przedziera się z końcowych rzędów na przód samolotu. Żegnają ją oklaski współpasażerów. Ja też ją żegnam – życzliwym, choć nie pozbawionym nutki zazdrości spojrzeniem. Chyba nie jestem jedyna. Rzym potrafi oczarować, dlatego mimo że jeszcze dobrze z niego nie wylecieliśmy, już chce się tam wracać. I wracać. I wracać…

 

Nam jednak pozostaje zapiąć pasy, rozsiąść się wygodnie w fotelach oddalonych od siebie o 20 rzędów i zanurzyć w marzeniach o kolejnych rzymskich wakacjach.

Koloseum widziane z Palatynu

Ciąg dalszy (a właściwie początek) opowieści o Rzymie nastąpi! :)

 

2 myśli nt. „Rzym – na początek epilog

  1. Nati

    hehehe ale historia z tym overbookingiem:-) Nie slyszalam jeszcze o takich zdarzeniach. Gdy pojawia sie szansa, trzeba ja zlapac jak najszybciej, nie ma sie co zastanawiac 😛
    super wpis i czekam na reszte!

    Odpowiedz
  2. lpave

    Bitynia — prowincja rzym. w Azji Mniejszej, nad Morzem Czarnym, na terenie dzisiejszej Turcji. Petroniusz byl tam prokonsulem, pelniac funkcje jej zarzadcy.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *